2005-12-11 13:30:51
Koniec i bum.
Niestety skończyły się i moje pomysły i mój czas, a przede wszystkim niewyczerpane niegdyś pokłady weny.
Wszystkie notki wam zostawiam, bo wszystkie są jakąś cząstką mnie i trudno mi się z nimi rozstawać.
Właściwie wszystko, co jest na tym blogu jest tak głęboko zakotwiczone w mojej podświadomości, że na zawsze pozostanę Hermioną, a moja blogowa Hermiona na zawsze pozostanie mną.
Nie powiem, że mi ciężko, lub że zalewam się łzami.
Ale mam ogromny sentyment do każdego spisanego tutaj słowa, dlatego proszę, byście uszanowali ten pamiętnik, choć jest tak bardzo dziecinny i niepoważny.
A więc żegnajcie.
Być może wrócę, być może nie.
Dziękuję wszystkim, którzy byli, są, będą.
Wasza Hermiona, Hermionuś, Herminek ;*
skomentuj (20)
2005-10-22 15:01:33
I znowu wrzesień.
Bardzo się złościcie? :}
Kolejny wrzesień,
Pokój Wspólny
Uwięziona w wieży własnej bezsilności czekam na kolejną kroplę deszczu, uderzającą cicho o szybę. Mętne światło dogasającego ognia na kominku zalewa pokój rozkosznym półmrokiem.
Juliette przyniosła mi kubek z gorącą herbatą, ale zanim zdążyłam umoczyć w nim wargi napój wystygł.
Niestety - jestem zbyt rozleniwiona, by się ruszyć, więc patrzę sobie dalej na świat ściskając w dłoniach kubek, jak gdybym mogła ogrzać go zimnem własnych rąk.
Rozmyślam.
Zmęczyły mnie już przekonywania Harry'ego, uparcie twierdzącego że jego zniknięcie było jedynie głupim wybrykiem, który w konsekwencji doprowadził do umocnienia naszej przyjaźni. A przynajmniej on tak to sobie wyobraża.
Bo rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana. Każdy szczebel naszego życia spaja ze sobą następny, a utworzona z nich drabina zdaje się ciągnąć bez końca.
Wszystko jest ze sobą ściśle połączone i jak to powiedział ktoś mądry "nic nie dzieje się bez przyczyny".
Przede wszystkim Ron.
Harry nic nie wie. Błądzi sobie w tej swojej poczciwej niewiedzy, a ja nie mam odwagi, by go z niej wyprowadzić.
Po wyjaśnieniach, jakoby pod jego ucieczką nie kryło się nic związengo z Syriuszem, a tymbardziej Voldemortem właściwie nie nastąpiła żadna zmiana.
Przynajmniej jeśli chodzi o mój związek z Ronem.
Ale czy można to nazwać "związkiem"?
Coś się zdarzyło. Nie miesiąc temu, nie rok. To zadziało się od pierwszego dnia tutaj i trwa do dziś.
Coś jakby magia. Tylko, że magia jest tym rodzajem "nici", której nie przerwie nawet najskuteczniejsze zaklęcie.
A miłość?
Byle ostrze może ją przeciąć.
Tylko... czym było ostrze w naszym przypadku?
Czym. Lub kim.
Wakacje miałam udane.
Tydzień nad morzem z Juliette, Alanem i Ginny. Przeprawa z rodzicami była ciężka, ale w końcu zgodzili się na samodzielny wyjazd.
Trzeba mi było dużo słońca i piasku pod stopami.
Mam chyba do morza sentyment.
Nawet w zimny, pochmurny dzień fale są tak pewne siebie. Kiedy chcą uderzają o brzeg, bijąc się z własną słabością. Innym razem spokojnie podmywają plażę, jakby chciały przeprosić za wcześniejsze złości.
Ale pod każdą postacią dalej pozostają paniami własnego losu, które na swych grzbietach niosą słońce, morze i wiatr.
Później przyszedł list.
"
Droga Hermiono!
Wiem, że nasze ostatnie spotkanie nie zakończyło się zbyt radośnie, ale mam szczerą nadzieję, że między nami nic się nie zmieniło. Pamiętaj, że Cię kocham Hermiono. Twój pocałunek do dnia dzisiejszego osładza moje wargi.
Tak więc, jeśli nie masz żadnych konkretnych planów na wakacje, to może zechciałabyś wybrać się do Bułgarii choć na parę dni?
Przemyśl to i odpisz jak najszybciej.
Chciałbym Ci pokazać parę ciekawych rzeczy do naszego projektu geologicznego, które ostatnio odkryłem.
Myślę, że będziesz zafascynowana!
Pozdrów rodziców i ucałuj ode mnie Krzywołapa.
Kocham i tęsknię,
Wiktor."
Wrzuciłam list do kubła na śmieci i postanowiłam o nim jak najszybciej zapomnieć.
Przyszły jeszcze dwa - z pretensjami, czemu ciągle nie otrzymał odpowiedzi.
Ale ja nie miałam zamiaru na nie odpisywać.
Za dużo się zmieniło. Ja się za bardzo zmieniłam.
Ostatnie miesiące zaprzepaściły naszą "przyjaźń" bezpowrotnie, a ja nie miałam zamiaru tego naprawiać.
W gruncie rzeczy cieszę się, że jestem z powrotem w szkole. Mogę się rzucić w wir pracy i tyle nie rozmyślać.
Żałuję tylko, że nie mam się do kogo przytulić w chłodne, jesienne wieczory - zupełnie takie, jak ten.
Koniec marudzenia. Idę po gorącą herbatę.
skomentuj (41)
2005-08-06 23:41:57
Wakacje, wakacje... sialalabum ;-)
Wróciłam :-)
I mnie tak sentymentalnie wzięło, że się przywitam.
A więc witajcie moje wakacyjne ogry ;-D
Mam nadzieję, że ostatnie dwa tygodnie zleciały wam tak wspaniale, jak mi.
Bo było wspaniale.
Naprawdę i poważnie.
A za to dziś dziękuję:
Madzi, bo dawno nie poznałam tak miłej osóbki.
Karolince i Kasi, bo wytrzymały ze mną cały ten czas ;-)
Patysi - nie wiem, co bym zrobiła bez Ciebie. Naprawdę nie wiem.
Oli, bo tęsknie :*
I Sarci, bo kocham.
Moje wspomnienia wypalają pustą przestrzeń w rzeczywistości. Jak na otwartej dłoni mogę przejrzeć się w swojej beznadziejności i bolącej tęsknocie za tamtymi dniami.
Staram się wierzyć, cholera, z całej siły staram się wierzyć, że słona woda do końca nie zalała piasku na rzęsach, a ślady stóp na zawsze ugrzęzły między koronami sosen i świerków.
Niestety twój śmiech słyszę gdzieś daleko za ścianą, nie mogąc go dotknąć i ucałować, więc mniemam, że wszystko to było tylko snem, z którego obudzę się chłodnym, szarym świtem.
Łazy, 2005
skomentuj (39)
2005-07-11 13:43:32
Biblioteka - święta rzecz!
Macie tutaj notkę i nie marudzić mi więcej! ;-)
Teraz wyjeżdżam w góry, później na kolonie, więc nowości nie będzie.
Oto moje pożegnanie z tym blogiem (tylko na okres wakacji, rzecz jasna).
Pocztówki dostanie w tym roku dużo osób, bo nie mogę nikogo pominąć, a wszyscy taaak sobie na to zasłużyliście :-)
Tak więc - udanego odpoczynku, wiele wakacyjnej miłości i mnóstwo magii lata przez całe dwa miesiące!
Całusy ;-)
7 kwietnia,
biblioteka
Zakurzone regały szkolnej biblioteki to mój jedyny azyl. Siedzę tu sobie i całymi godzinami nasłuchuję rozmów pani Pince z uczniami pragnącymi wypożyczyć którąś z jej cennych książek.
- Chciałbym 'Zielone mikstury' Leonardy Hamillton.
- Nie wątpie, drogie dziecko.
- No... to ja już bym chciał ją wypożyczyć.
- Nie wątpie.
- Yyyy... ale ja już naprawdę muszę...
- A znasz takie jedno, magiczne słówko?
- No... właściwie to znam dużo magicznych słów, proszę pani... tego się w końcu tu uczę...
I tak całymi godzinami.
Oni się kłócili, ja słuchałam. Oni się kłócili, ja czytałam. Oni się kłócili, ja wychodziłam z biblioteki i szłam spać.
A kiedy wracałam po lekcjach, pani Pince już znajdywała sobie nową ofiarę i gra rozpoczynała się na nowo.
8 kwietnia,
biblioteka
Zajęłam swoje zwykłe miejsce przy oknie i rozkładając na stole notatki z lekcji, wzięłam się za pisanie referatu na transmutację.
Wyjęłam z torby bułkę z kremem orzechowym i spojrzałam za okno.
Wiosna już na dobre zadomowiła się na błoniach. Wiatr delikatnie marszczył powierzchnię jeziora, do którego co chwilę wpadało z impetem stado roześmianych uczniów.
Gdzieś pod drzewami dostrzegłam sylwetkę Julie.
Odsunęłam się od okna i ponownie wbiłam wzrok w notatki.
Po chwili monotonnego skrobania piórem po pergaminie, wstałam od stołu i przemierzając długie regały, zawołałam:
- Pani Pince! Mogłaby mi pani zrobić tej miętowej herbatki?
W końcu stanęłam przy ladzie, gdzie bibliotekarka wdawała się w dyskusję z kolejnym uczniem. Tym razem rozpoznałam Dennisa Creeveya i posłałam mu pokrzepiający uśmiech.
- To jak będzie z tą herbatką? - spytałam, ale zanim zdążyłam usłyszeć odpowiedź, drzwi biblioteki otworzyły się z charakterystycznym skrzypieniem i do środka weszli Harry i Ron.
Poczułam jak moje wnętrzności wywijają salto.
- Cześć - mruknęłam, kiedy podeszli, by się przywitać.
- Cześć Hermiono - rzekł Harry. - Wszystko w porządku?
W porządku?! Cholera, nic nie jest w porządku!
- Hm, tak. Jasne. A u was?
Nie do wiary! To wszystko brzmiało tak sztywnie, że zrobiło mi się niedobrze.
Czułam się prawdziwie beznadziejna, niepotrzebna i żałosna.
- Super - odparł Harry, wciskając ręce do kieszeni.
- Bo widzisz, Hermiono... - teraz do rozmowy włączył się Ron. Nie mogłam uwierzyć, że zdołał się do mnie odezwać, po tym wszystkim co ostatnio zobaczył.
Czyżby przyciął włosy? A może trochę schudł? Tak, na pewno schudł.
- O co chodzi?
Harry wyjął ręce z kieszeni, otarł je o nogawki dżinsów i schował z powrotem.
Ron błądził wzrokiem po wzorach na dywanie.
- Harry, cóż... Harry sobie przypomniał - wykrztusił w końcu.
- Przypomniał? - nie rozumiałam - ale o czym?
Teraz obaj przyjaciele wpatrywali się we mnie ze skupieniem.
Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę chcę wiedzieć, o co chodzi.
- Przypomniałem sobie - rzekł Harry, a jego głos stał się nagle jakiś nieobecny - co działo się podczas mojej ucieczki.
skomentuj (26)
2005-06-20 15:46:33
Zupełnie jak ocean.
Dziś dedykacji będzie sporo. Bo tak. Bo taki mam kaprys, a pozatym wiele osób zasłużyło na pamięć.
Tak, więc notkę dedykuję:
Sarci, Patysi, Oli, Danielowi, Robertowi (zdrowiej szybko!), Igowi, paru innym osobom z tej nowej i "podstawówkowej" klasy, Gosi, Irminie, Natalce (hp-i-mlodziencze-uczucia), Natalie Lilith, Mandy i wszystkim tym, którzy czytali, czytają i czytać (mam nadzieję) będą.
A szczególna dedykacja dla Kasi.
2 kwietnia,
dormitorium
Ron opuścił bar, nawet nie odwracając głowy. Odsunęłam się od Wiktora i przez chwilę poczułam, jakby coś mi uleciało sprzed nosa. Jakbym coś traciła. Raz na zawsze.
Dzięki Bogu to nieprzyjemne uczucie zniknęło równie szybko jak się pojawiło.
Sięgnęłam po swoją butelkę piwa.
Przytknęłam oko do brązowego szkła, wpatrując się w Juliette, która właśnie wybiegła w ślad za Ronem, w Alana, który nie bardzo wiedząc, o co chodzi zajął stolik pod oknem oraz w Harry'ego i Ginny, kroczących właśnie w naszym kierunku.
- Cześć Wiktor.
Głos Harry'ego był spokojny, ale ledwo widoczne zmarszczki na jego czole wskazywały, że z trudem panuje nad emocjami.
I o co właściwie to całe zamieszanie?
Czy ja nie mam prawa pocałować swojego (prawie) chłopaka? Zakonnica jestem czy co?!
Wiktor zmierzył ich przyjaznym spojrzeniem.
- Witajcie przyjacielu. Cu słychać?
Ginny złapała mnie za ramię. Spróbowałam się wyrwać, ale zacisnęła palce jeszcze mocniej.
Zrezygnowałam i w milczeniu wpatrywałam się w Harry'ego i Kruma.
- Hm, wszystko w porządku. Tak. U mnie w porządku.
Wiktor uśmiechnął się.
- Chcecie piwo? Ja mogu zamawiać.
- Właściwie to my już będziemy się zbierać. Hermiona nie najlepiej się czuje - rzekła Ginny i razem z Harry'm zaczęli podnosić mnie z krzesła.
Zupełnie osłupiałam.
Co oni wyprawiają?!
Wiktor wyglądał na równie zdziwionego.
- Hermi-ją-na, ty się źle czujesz? - spytał, łapiąc mnie za rękę - ja cię odprowadzu do Hogwart...
- To nie będzie konieczne - Harry posłał Wiktorowi chłodny uśmiech - spotkacie się innym razem.
I zanim zdążyłam zaprotestować wyprowadzili mnie z baru prosto w mrok ulicy.
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś!
Spotykać się z nim to jedno, ale całować to już zupełnie inna sprawa!
Juliette krążyła po dormitorium, a jej bladą twarz wykrzywiał wyraz złości i zawodu.
Może powinnam ją przeprosić? - myślałam, siedząc na kamiennym parapecie.
Ale za co, na litość boską?!
Prosiłam, żeby się wtrącała?
Nie.
Więc niech mnie zostawi w świętym spokoju.
- Może od razu poszłabyś z nim do łóżka, hm?! To byłby całkiem dobry sposób, żeby w końcu zapomnieć o Ronie, nieprawdaż?
Idiotka. Idiotka, idiotka, idiotka.
- Nie będę ci się z niczego tłumaczyć.- burknęłam, nie odwracając wzroku od ukrytej w cieniu drzew chatki Hagrida.
Pomimo późnej pory, okna nadal rozświetlał blask ognia na kominku.
Ciekawe, co by na to wszystko powiedział Hagrid?
Tak dawno go nie widziałam...
- Och, Hermiono. Czy ty naprawdę jesteś aż tak głupia? - Juliette stanęła na środku pokoju, a jej twarz wyrażała teraz więcej smutku niż wściekłości - Nie musisz się przede mną tłumaczyć. Nie musisz się tłumaczyć nawet przed Ronem.
Ale powinnaś - i to jak najszybciej - wytłumaczyć się przed sobą.
Odwróciła się na pięcie i wyszła z dormitorium, głośno zamykając za sobą drzwi. Ciemność łapczywie zalała pomieszczenie i tylko księżyc oświetlał moją zmęczoną twarz.
Zmęczoną, to dobre słowo.
Oparłam czoło o chłodną szybę.
Czułam się jakoś dziwnie pusta.
Zupełnie jak piękny, spokojny ocean zachwycający swymi czystymi plażami, z którego nagle wyparowała cała woda i nikt już o nim nie pamiętał, nikomu się nie podobał.
Bo czym tak właściwie jest ocean?
Wodą czy piaszczystym dnem?
A może jednym i drugim?
A czym w takim razie jestem ja?
Chyba tylko dnem.
skomentuj (45)
2005-06-07 20:40:26
Kłamstwo to też prawda. Tylko bardziej logiczna...
Natalce (hp-i-mlodziencze-uczucia) za to, że jest moją najwspanialszą internetową przyjaciółką i wiem, że zawsze mogę jej się wyżalić, zrzucić z siebie ten cały ciężar żalu, troski, bólu...
Chcę jej podziękować za to, że jest.
Za każdą jej notkę, za każde słowo.
Dziękuję.
Oli - nie wiem jak dam sobie bez Ciebie radę. Chociaż poznałyśmy się stosunkowo niedawno stałaś się moim słoneczkiem ukochanym, co to mi zawsze rozjaśniało szkolne niepowodzenia ;-)
Tak dobrze się rozumiemy i śmiejemy do łez z tych samych rzeczy.
Każdy dzień w szkole był wyjątkowy, bo byłaś obok, a teraz - kiedy odejdziesz - nie wiem jak sobie poradzę...
Mam tylko nadzieję, że nasza przyjaźń przetrwa i nigdy o sobie nie zapomnimy.
Sarci i Patysi - poprostu za to, że są. Nie mam im nic szczególnego do powiedzenia, ale i tak wiedzą, że są wyjątkowe i najważniejsze.
I przepraszam Sarciu - naprawdę chciałam być na Twoich urodzinach.
Pamiętaj, że pomimo wszystko taaaak mocno Cię kocham i nikt na świecie nie ma tak wspaniałej kuzynki jak ja :-)
2 kwietnia,
Hogsmeade
Wydostałam się z zamku dopiero, gdy zmierzch zaczął otulać błonia.
Słońce nadal pozostawiało na trawie swoje ciepło, jakby nie mogąc się pogodzić z nadejściem nocy.
Rozpięłam guziki swetra.
Jak to dobrze, że udało mi się wymknąć, zanim Juliette zalała mnie potokiem pytań i porad, co włożyć, jak się zachować, co mówić, a z czym lepiej dać sobie spokój.
Niczym wolna, dzika kuna przemykałam między drzewami rozkoszując się mrokiem, który łapczywie zalewał świat.
Wyjęłam z kieszeni pogiętą karteczkę i prześledziłam wzrokiem koślawe litery.
Ulica św. Barnaby 4
Spojrzałam na potężny, strzelisty budynek bardziej przypominający gotycką katedrę, niż dom mieszkalny.
Jednak tabliczka przymocowana do cegielnych ściań wyraźnie informowała "św. Barnaby 4".
Wcisnęłam kartkę z powrotem do kieszeni spodni i zapukałam do ogromnych, drewnianych drzwi.
Po chwili jasny snop światła rozświetlił mrok ulicy i moim oczom ukazała się uśmiechnięta twarz Wiktora.
- Jedna sekund. Ja zaraz być gotowy - zawołał, po czym zaprosił mnie gestem do środka.
Stanęłam tuż obok drzwi, przyglądając się własnym paznokciom.
Teraz, kiedy samotność odeszła i rozmowa z Krumem stała się rzeczywistością zaczęłam na poczekaniu wymyślać coraz to nowsze kłamstwa.
Witkor... ja naprawdę jestem z tobą bardzo szczęśliwa... - mruczałam pod nosem.
Czy trudność może sprawiać samo myślenie?
Jeśli tak, ja nie mogłam już dać sobie z tym rady.
Z jednej strony rozmowa z Wiktorem, z drugiej wszystkie problemy czekające na mnie za bramą Hogwartu.
Niewyjaśnione zniknięcie Harry'ego, dziennik Ginny, zaniedbanie Juliette i jeszcze ten cholerny Ron.
Za dużo tego jak na jedną, niedoświadczoną osobę.
- Hermi-ją-na, my możemu iść - Wiktor ujął mnie w pasie i po chwili znaleźliśmy się z powrotem na ciemnej, wąskiej uliczce.
- To gdzie poszliśmy? - zagadnął wesoło, przesuwając swoją silną dłoń coraz niżej.
Chciałam się odsunąć, krzyczeć, piszczeć, ale zagryzłam wargi i pozwoliłam, aby Wiktor coraz pewniej przysuwał mnie w swoją stronę.
- Używasz czasu przeszłego - mruknęłam, odwracając głowę, kiedy jakaś starsza kobieta przemknęła obok nas niby czarny, mglisty cień.
Wstydziłam się, że Wiktor jest tak blisko. Zdawało mi się, że wszyscy ludzie patrzą tylko na jego dłoń spoczywającą na moich pośladkach i czułam jak zasycha mi w gardle z obrzydzenia i rozpaczy.
Czemu nie czułam tego, całując Rona?
Och, głupie, głupie myśli.
- Nu, to gdzie
pójdziemy... Lepiej teraz?
Machinalnie skinęłam głową.
Może Ron poprostu był nie tylko chłopakiem, ale również przyjacielem? Na litość boską, tyle ze sobą przeżyliśmy!
Ile razy chciałam mu powiedzieć...
Że kocham Harry'ego - tak, kocham go, jak brata - i kocham jego - zupełnie inaczej, silniej... poprostu inaczej.
Ileż to razy wyobrażałam sobie, że te kłótnie, te złe spojrzenia były tylko na pokaz! A tak naprawdę pod tą warstwą niezgody i odrazy, kryło się coś więcej...
GŁUPIE, CHOLERNE MYŚLI!!!
Wiktor popchnął mnie w stronę Trzech Mioteł. Weszliśmy do zatłoczonego baru, gdzie jak zwykle unosił się zapach miodu, rumu i kremowego piwa.
Usiadłam przy stoliku w kącie, a Wiktor zaczął przepychać się między rzędami stolików rzucając co chwilę nerwowe "przepruszam".
Jak bardzo chciałam się cofnąć w czasie. Nadal być tylko tą małą, gadatliwą Hermioną Granger, włóczącą się wszędzie w Potterem i Weasley'em.
Ukryłam twarz w dłoniach.
Jesteś żałosna, Hermiono - szepnęłam. -
Czy możesz choć raz cieszyć się tym, co masz?
Przejechałam dłonią po twarzy, starając się zmyć z niej cały smutek.
I chyba całkiem dobrze mi poszło, bo kiedy chwilę póżniej Wiktor rozsiadł się na krześle z dwoma butelkami piwa, udało mi się nawet do niego uśmiechnąć.
- Widzu, że już lepiej mojemu Hermi-ją-na! - rzekł, nachylając się moją stronę. - A skoro tak, tu ja mam pytania.
Wzięłam sobie porządny łyk piwa, po czym rozluźniona oparłam się o drewniane opracie.
- Słucham.
- Będziesz ze mną mieszkać?
- Aay...
Język ugrzązł mi w gardle.
O czym on do cholery gada?
Mieszkać?
Z nim?!
- Nu... na wakacjach, a jak ty skończyłaś Hogwart to byśmy mogli... nu wisz...
Nie, nie wiem.
- Co? Wziąć ślub? - zaczęłam się śmiać. Bo co innego mogłam zrobić?
- Ja cię kocham, Hermi-ją-na.
Szkarłatny rumieniec wkradł się na jego blade policzki.
Czy po tych ostatnich zdarzeniach naprawdę stałam się tak obojętna na wyraz "kocham"?
W każdym razie, dalej niewzruszenie siorbałam swoje piwo.
- Cieszę się - mnie samą zdziwiło, jak łatwo kłamstwo sączy mi się przez zęby.
Zero zastanowienia. Zero niepewności.
Wiktor przysunął swoje krzesło bliżej.
- Aa... ty mni kochasz?
Kłamstwo to w końcu nic strasznego.
A zresztą co mam do stracenia?
Ujęłam jego twarz w dłonie i pocałowałam.
Czasem gesty mówią więcej niż słowa.
W pewnym momencie drzwi się uchyliły i do środka wparowali roześmiani Harry, Ron, Juliette i Alan.
Podeszli do lady głośno rozmawiając.
Nagle Ron odwrócił głowę i uśmiech spełz mu z twarzy. Trącił łokciem Harry'ego i oboje wlepili wzrok w nasz stolik.
A ja dalej całowałam Wiktora.
I miałam to głęboko w nosie!
skomentuj (43)
2005-05-20 23:06:37
Listy, Ron, listy...
1 kwietnia,
dormitorium
Kochana Hermiono!
Co u Ciebie słychać? U nas dobrze, choć babcia Alison ostatnio źle się poczuła i tata musiał zawieźć ją do szpitala. Teraz jest już znacznie lepiej i kazała mi gorąco Cię pozdrowić.
Jak tam oceny? Wiesz, kochanie, jakie to dla nas ważne, abyś była usatysfakcjonowana z tego, co osiągasz poprzez naukę.
Pamiętaj Hermiono - wykształcenie zdobyte w szkole zapewni Ci stabilną przyszłość! Dlatego oprócz pozbawionego sensu machania różdżką postaraj się skupić na naprawdę ważnych przedmiotach. Każda dobra ocena to jedna cegła w całym murze wiedzy i satysfakcji płynącej z jej posiadania.
Nie zawiedź nas, Hermiono - nas i siebie samej!
Ale dosyć o szkole.
Kochanie, tak mi przykro, że nie spotkaliśmy się w święta. Mam jednak głęboką nadzieję, że odwiedzisz nas w któryś weekend, a i wakacje już niedługo! Tacie dobrze się wiedzie w pracy i w tym roku możemy sobie pozwolić na jakiś dalszy wypad. Egipt, Grecja, Cypr? A może egzotyczne Hawaje? W końcu mogłabyś się opalić - jesteś wiecznie tak przeraźliwie blada, ze babcia gotowa byłaby wysłać Cię przez to do lekarza.
Pomyśl o tym, kochanie. Jeśli chcesz, możesz zabrać ze sobą tego uroczego Bułgara. W końcu wypada jakoś mu się odwdzięczyć za całe lato, które ty u niego spędziłaś.
A czy jesteś zdrowa? Mam nadzieję, że nic nie dolega mojej małej dziewczynce! Ubierasz się ciepło? Dużo zjadasz na obiady? Czy na pewno wszystko dobrze?
Odpisz, jak tylko skończysz odrabiać pracę domową.
Całuję, mama.
p.s. Przesyłam Ci parę domowych ciasteczek. Zjedz póki jeszcze świeże, tylko uważaj żeby Krzywołap nie wpadł na ich ślad, bo znowu dostanie biegunki czy licho wie czego.
Juliette złożyła list i rzuciła na moje łóżko.
- Najważniejsze to wsparcie i troska matki - prychnęła, sięgając po krem nawilżający. Patrzyłam jak wsmarowuje białą maź w dłonie, nucąc coś pod nosem.
- Nie mam jej tego za złe. Taka jest i już. - odparłam sucho, nie spuszczając wzroku z przyjaciółki.
Być może list od rodziców powinien zaczynać się od słów "Czy jesteś zdrowa?" zamiast nimi kończyć, ale to byli
moi rodzice! Zależało im przede wszystkim na ocenach i przez 16 lat zdążyłam się do tego przyzwyczaić.
Juliette wzruszyła ramionami, odkładając krem na półkę.
- Jak uważasz, Herminku. Ale jeśli chcesz znać moje zdanie, to ten list bardziej przypomina telegram od nauczycielki niż wyrazy tęsknoty od długo nie widzianych rodziców.
Westchnęłam, naciągając na stopy kołdrę. Pomimo wysokich temperatur na dworze, w zamku panował chłód i wilgoć bijące od kamiennych ścian.
Co chwilę dało się słyszeć ciche pochrapywanie Lavender i spokojny, równomierny oddech Parvati.
- A więc Wiktor zatrzymał się u jakiegoś znajmoego w Hogsmeade? Ciekawe...
Skinęłam głową, patrząc na swoje dłonie. Może też przydałoby im się ekspresowe nawilżenie?
- Widziałaś, jak Ron na niego patrzył?
- Mam gdzieś Rona.
- Nie pytam, gdzie go masz, tylko czy widziałaś jakim wzrokiem przewiercał tego twojego Bułgara!
- I tak mam go gdzieś.
Julie prychnęła, zakrywając swoje łóżko bordową kotarą.
- Branoc - usłyszałam jeszcze zza zasłony, po czym całe dormitorium wypełniła głucha cisza.
Sięgnęłam po krem i wsmarowując go delikatnie w blade dłonie, zaczęłam rozmyślać nad tym, co powiedziała Juliette.
Może Ron rzeczywiście inaczej patrzył na Wiktora? Ale to w końcu żadna nowość.
Teraz też nie powinno to na mnie robić najmniejszego wrażenia. Sam wszystko zespuł, to niech sobie pocierpi - przynajmniej w połowie tak bardzo jak ja.
Niech sobie popatrzy na moje szczęście! Bo ja też mam do tego prawo.
I kiedy jutro po lekcjach spotkam się z Wiktorem, powiem mu wszystko.
Że chcę się z nim spotykać, że czuję się z nim naprawdę dobrze.
Nawet jeśli miałoby to być stekiem kłamstw.
Choć było już grubo po 23, chwyciłam za pióro i pakując sobie do ust jedno domowe ciasteczko, zaczęłam pisać...
Kochana mamo!
U mnie wszystko w jak najlepszym porządku...
skomentuj (40)
2005-05-06 16:41:56
Niebo się zachmurzyło i zaczął padać deszcz.
Niebo się zachmurzyło i zaczął padać deszcz.
A Nadzieja dalej szła, po pas tonąc w lodowatej wodzie.
Czy się utopi, zależy tylko od ciebie.
31 marca, biblioteka
Stał przede mną, a jego bladą twarz oświetlała smuga światła wlewająca się do Pokoju Wspólnego przez uchylone zasłony.
Kolejny raz jedna osoba zrzuciła na mnie ciężki worek wspomnień.
Ale teraz szczerze się bałam , że nie zdołam go udźwignąć i iść dalej...
Nie było pusto.
Jak każdego ranka uczniowie sennie przemierzali pokój, czasem mrucząc pod nosem jakieś zaklęcia, czasem czytając notatki z lekcji.
Część znikała w dziurze pod portretem, aby udać się na śniadanie, a niektórzy wciśnięci w fotele i sofy dyskutowali na jakieś mało istotne tematy.
Nie było pusto.
Ale nikt nie zauważył, że tam stał.
Że to był on.
Wiktor Krum.
- Na litość boską, co ty tu robisz?! - wrzasnęłam po paru minutach milczenia.
Milczenia, które mogło być oznaką zarówno tęsknoty, zaskoczenia jak i bólu, niechęci...
Ściągnął z głowy grubą czapkę, a czarne kosmyki rozlały mu się po całym czole.
- Przecież ja ci mówił... że będę tu w Hogwart pod końcu marca, żeby się spotykać...
Kilka dziewczyn z czwartego roku, obróciło głowy w naszą stronę, a po ich wniebowziętych minach poznałam, że już wiedzą kto zaszczycił swą obecnością salon Gryffindoru.
- Och, nie przejmuj się Hermioną. Ona zawsze o wszystkim zapomina. Nie tylko o tobie.
Ron stał obok, opierając się o ścianę.
Ręce schował do kieszeni dżinsów, a chłodnym spojrzeniem lustrował potężną sylwetkę Kruma.
- Daruj sobie, Ron. - syknęłam, biorąc Wiktora pod rękę. - Idziemy.
Przeszliśmy przez pokój, mijając stadko śliniących się na jego widok fanek.
Kiedy wyszliśmy na korytarz otulony porannym chłodem, puściłam jego rękę szybko zbiegając po krętych schodach.
Słyszałam jego ciężkie kroki tuż za sobą. Czułam jego niespokojny oddech.
Milczał. Ja też.
Wiedziałam, że powinnam teraz wszystko wytłumaczyć, tylko nie miałam pojęcia jak się do tego zabrać.
Zaprowadziłam go do biblioteki.
Tam, gdzie się spotkaliśmy po raz pierwszy.
Usiadłam na krześle, opierając łokcie na stoliku. Zupełnie jak wtedy.
Uśmiechnął się, zaciskając palce na swojej wełnianej czapce. Dobrze wiedziałam, jak musi się teraz czuć.
- Nu to...
- Eee... Wiktor...
- Ja nie chciał... jeśli...
- Nie, nie... to ja...
- Głupio wyszło...
- E... tak. Bardzo głupio. - podrapałam się po głowie, szukając odpowiednich słów. Pewnie oczekiwał, że rzucę się mu na szyję i wycałuję za wszystkie czasy.
A tymczasem zachowałam się jak kompletna idiotka pozbawiona jakichkolwiek uczuć...
W dodatku na oczach wszystkich.
Julie, Ginny, Rona.
A przede wszystkim samego Wiktora.
Boże, jak on się musiał okropnie czuć!
- Ja ci mówił, Hermi-ją-na, że ja chcu przyjechać spotykać się z tobą.
Pani Pince przyglądała nam się z zaciekawieniem znad sterty książek, porozrzucanych na jej stole.
- Hermi-ją-na?
- Tak wiem, wiem - wybąkałam. Czułam się paskudnie, a mimo to zaczęłam jeszcze silniej roszarpywać swoją (i tak już częściowo zniszczoną) reputację. - Na śmierć zapomniałam. Naprawdę zapomniałam, że przyjedziesz.
Przykro mi.
Uśmiechnął się.
Całkiem szczerze, bez cienia zawiści, urazy.
- Ja zostanę dwa dnia. Jak nie masz nico przeciwku.
Roześmiałam się, kręcąc głową.
- Oczywiście, że nie mam
nico przeciwku!
Choć tak naprawdę, gdzieś w głębi serca miałam coś
przeciwku.
I czułam, że Wiktor przez te dwa dni nie ma zamiaru stale przesiadywać w bibliotece...
skomentuj (34)
2005-04-21 14:37:08
Cisza, przyjacielu, rozdziela bardziej niż przestrzeń.
Gosi, Olusi, Sarci i Idze.
I Julie, co mnie Herminkiem ochrzciła.
27 marca,
dormitorium
- A buu, Herminkuuu, rajtuzy mi się potargałyyy – zawyła Juliette, wychylając swoją czarną czuprynę zza framugi drzwi łazienki.
Przygryzłam końcówkę pióra, drapiąc się intensywnie po głowie, co miało oznaczać, że problem Julie niezwykle mnie zaintrygował.
- Moje są doszczętnie wymiętolone przez Krzywołapa. Spytaj Lavender, może ona ci jakieś pożyczy.
- Co to znaczy „wymiętolone”? - przyjaciółka zrobiła zaskoczoną minę.
Westchnęłam z rezygnacją wracając do spisywania układów planetarnych.
Przez jedną, cudowną chwilę rozkoszowałam się błogą ciszą, która wypełniła dormitorium.
Rozdzieliłam swoje notatki na dwie grupy: potrzebne i mniej potrzebne, po czym zabrałam się za sprzątanie niepotrzebnych papierów z biurka.
Moja mama zawsze powtarza:
Przy odrabianiu lekcji najważniejszy jest ład i porządek.
Jednak już po paru minutach drzwi zaskrzypiały przeraźliwie, co znaczyło, że Juliette skończyła poranną toaletę i właśnie usadowiła się na dywaniku przy mahoniowym kredensie.
- Nigdy nie pytasz o Alana.
Oderwałam wzrok od swoich notatek.
Julie siedziała na podłodze i z trudem wciskała na stopę skarpetkę.
- Ja... yyy...
Nie miałam zielonego pojęcia, co powinnam jej odpowiedzieć.
Przez to całe zamieszanie z Ronem i zaginięciem Harry'ego zupełnie zapomniałam o kimś, kto jest mi najbliższy...
Gdyby nie ona, nie wiem, jak przeżyłabym te ostatnie miesiące.
Naprawdę nie wiem, czy bez niej potrafiłabym się cieszyć nadchodzącą wiosną.
Odkąd sięgałam pamięcią była ze mną w każdej chwili, kiedy nie mogłam uporać się z całym ciężarem, jakim obarczyło mnie życie.
Kiedy potrzebowałam rozmowy - zawsze słuchała.
Kiedy płakałam - płakała razem ze mną.
Kiedy nie chciałam słyszeć o przeszłości - milczała.
A jeśli w końcu i ona zapragnęła zaznać troszkę miłości, szczęścia, jakie daje związek z drugą osobą, ja - największa egoistka, jakiej dano stąpać po tej ziemi - nawet nie raczyłam spytać "co u ciebie słychać?".
Liczyły się tylko moje błędy.
Moje niepowodzenia.
Moje żale.
W tej jednej, krótkiej chwili zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie liczyła się poprostu
Julie...
- Herminku?
Przetarłam oczy dłonią.
Przyjaciółka dalej wpatrywała się we mnie uważnie, ściskając w dłoni drugą
skarpetkę.
Nie mogłam zrobić nic innego, jak zwyczajnie wstać i przytulić się do tej wspaniałej osoby, której jestem winna tak wiele - a tak mało mogę zrobić, aby ją o tym przekonać.
Zatopiłam twarz w jej czarnych lokach, kolejny raz zapominając o tym, co w życiu najgorsze.
Jak zwykle o nic nie prosiła, o nic nie pytała.
Jak zwykle poprostu... była.
I pewnie mogłybyśmy tak trwać całą wieczność - przelewając na siebie każdy smutek, każdą łzę, jednak ktoś najwyraźniej bardzo chciał nam w tym przeszkodzić.
Jasny snop światła wdarł się do osłoniętego porannym półmrokiem pokoju.
Nadal trzymając w obięciach Juliette skierowałam głowę w stronę drzwi.
- Ron?! Przecież zmieniłyśmy has...
- Hermiona. Musisz jak najszybciej zejść na dół.
Teraz i Julie wbiła zaciekawione spojrzenie w przyjaciela.
- Coś się stało? - spytałam, czując jak wszystkie wnętrzności podchodzą mi do gardła. - Znowu Harry?
Pokręcił głową, a ja momentalnie odetchnęłam z uglą. Nie przeżyłabym kolejnej straty.
Dopiero w tym momencie dokładnie przyjrzałam się twarzy Rona.
Miał zmarszczone brwi, a końcówki uszu silnie zarumienione.
- No więc o co chodzi tym razem? - zapytała Juliette, narzucając na podkoszulek szarą bluzę.
Ron nadal stał w progu, zaciskając pięści.
- Ktoś na ciebie czeka, Hermiono.
Pośpiesz się.
skomentuj (41)
2005-04-11 14:18:05
Wspominać i marzyć, czyli nadchodzi wiosna :-)
Wszyscy łączymy się w bólu po stracie naszego Największego Człowieka.
Nie da się słowami opisać ogromu miłości, wiedzy i zwykłej ludzkiej dobroci, jakimi cechował się Jan Paweł II - czy też poprostu - Karol Wojtyła.
Każdy z nas boleśnie odczuł tą stratę - jedni bardziej, drudzy mniej, jednak każdy na swój sposób był w te trudne dni przy Papieżu.
Ci, którzy w dniu pogrzebu Ojca Świętego zawitali na mojego bloga z pewnością zauważyli czarny szablon. Szablon żałobny.
Było to dla mnie bardzo ważne, aby choć w ten drobny sposób uczcić pamięć tego wielkiego Polaka.
A teraz krótka dedykacja dla paru wspaniałych osób, którym jestem winna tak wiele - a tak mało mogę zrobić, aby ich o tym przekonać.
Zatem tą notkę dedykuję:
*Natalce - bo po części przyczyniła się do powstania nowego szablonu i w ogóle jest milaśną osóbką :-)
*Patysi - bo miała urodzinki, a pozatym jest moją "Siajxóweczką" :-P
*Oli - gdyż to moje słonko największe
*Idze - bo się dopomina moich notek i też ją kocham bardzo
*Flerusi - bo jest naprawdę fajną osóbką ;-)
*Sarci - no bo ją kocham taaaaak mocno i jest w ogóle naj!
A teraz macie - oto megakrótka notka (ale przynajmniej coś nowego :-P):
21 marca,
przed Miodowym Królestwem
Siedzimy wszyscy razem na spruchniałej ławce i zajadamy Lizaki-Gumiaki.
Byłam stanowczo przeciwna kupowaniu tego świństwa, ale Ron i Juliette uparli się na amen.
Kiedy tych dwoje coś sobie ubzdura nie ma na nich żadnego sposobu.
Tak więc jemy je wszyscy - Harry, Ron, Juliette, Ginny, Luna i ja.
No i Cho, ale o niej staram się zapomnieć. Praktycznie zwraca na nią uwagę jedynie Harry, bo my wszyscy mamy lepsze zajęcia od wdawania się w konwersację z panną Chang.
Jest bardzo ciepło.
Ginny podciągnęła nogawki dżinsów i wyleguje się na słońcu. Śmiesznie marszczy nos, kiedy słońce wychyla się zza chmur i rzuca ciepłe promyki prosto na jej piegowatą buzię.
Uśmiecham się.
Dawno już nie uśmiechałam się jak teraz.
"Hermiona, złotko, przesuń się odrobinę" - narzeka Ron, rozpychając te swoje sterczące łokcie.
Myślę sobie, że jedna ławka to troszkę za mało na tyle osób.
Ale nam to nie przeszkadza ani troszeczkę.
W niektórych miejscach widać jeszcze niewielkie płaty śniegu, które kurczowo uczepiły się płaszcza wiosny.
Ale i tak czuć, że nadchodzi najpiękniejsza pora roku.
Ach...
Jak dobrze wdychać ten słodki, kojący zapach...
Przestaję na chwilkę pisać i zatapiam się we wspomnieniach.
Jakiś czas temu obiecałam Julie, że więcej nie będę tego robić.
Ale trudno.
Zima minęła, minęło więc to, co się z nią raz na zawsze związało.
Koniec, kropka.
Chcę rozmyślać - będę.
Jestem teraz silniejsza.
A więc wspominam.
Nie jest za lekko.
Widzę przed sobą zarysy tamtych dni... Dni po powrocie Harry'ego...
Wiele razy było ciężko - Harry nie chciał opowiadać, co stało się po jego zniknięciu.
Dumbledore w końcu dał mu spokój i na jakiś czas zawiesił przesłuchania.
Harry i Cho.
To też częsty obraz, który staje mi przed oczami.
Naprawdę do tej pory nie wiem, co w niego wstąpiło, że wrócił do tej małpy.
Mało nam wszystkim wyrządziła krzywdy ubiegłego roku?
Powtarzał, że to już przeszłość.
Że raz nas zawsze się skończyło.
Ech, z chłopcami tak zawsze.
Rach, ciach i już się obściskują pod cieplarnią jak para gołąbków.
Ginny.
Chyba nigdy nie przestanę mieć ogromnych wyrzutów sumienia!
Kiedy patrzę na jej smutnę twarz, kiedy widzę to ponure spojrzenie...
I wiem, że mogłabym coś zrobić!
Tylko...
Co?
Juliette mówi, że powinnam jej o wszystkim powiedzieć. I poradzić, jak ma walczyć o swoją miłość.
Skoro sama ją straciłam, mogłabym pomóc chociaż komuś innemu...
Ron.
Nigdy nie przypuszczałam, że potrafi wykazać się tak ogromnym talentem aktorskim.
Rozmawiamy i kłócimy się jak dawniej.
Jakby nigdy nie było żadnego pocałunku, żadnego spojrzenia, żadnych dotyków.
Nic.
Czasem tylko, kiedy jesteśmy sami próbuje coś wyjaśniać, ale ja mu nie pozwalam.
Julie mówi, że powinnam przestać dawać się ciągle ranić.
A więc nie pozwalam.
Może uciekam?
Tak, pewnie tak. Ale to jedyny sposób i ja właśnie go wybrałam.
"Hermiona" - woła Juliette. Lekko potrząsa moim ramieniem.
- Spałaś - wyjaśnia Luna.
Przecieram oczy i uśmiecham się widząc kilka soczyście zielonych pączków na gałęzi drzewa.
- Nie. Ja tylko marzyłam...
skomentuj (31)
2005-03-16 14:02:42
List
Kochana Juliette!
Tak bardzo żałuję, że nie ma Cię tu teraz ze mną. Hogwart wygląda bajecznie – śnieg znowu przypomniał sobie o swoich obowiązkach i zasypał całe błonia! Tafla jeziora błyszczy jak kryształ, kiedy padają na nią nieśmiałe promyki grudniowego słońca…Obserwuję to wszystko z okna sowiarni i rozmyślam nad tym, co było. Wiem, miałam z tym skończyć. Ale nie potrafię! Nie mam tyle siły, by zapomnieć o przeszłości. Nie mam tyle wiary, by pragnąć żyć inaczej. Myślę i myślę. Cały czas. Nawet w snach nie znajduję ukojenia.
Bo tak naprawdę, to wszystko moja wina.
Nie złość się, Julie i nie wrzucaj tego listu do kominka. Zanim spalisz to całe moje użalanie się nad sobą, odpowiedz na jedno pytanie:
Czy ze mną rzeczywiście jest coś nie tak?
Spójrzmy prawdzie w oczy. To ja wszystko niszczę. To ja ciągle czytam cudze pamiętniki i wplątuję się przez to w coraz to nowsze kłopoty. Chociaż jeśli chodzi o Twój dziennik wyszło mi to na dobre. W końcu, gdyby nie tamten incydent nigdy byśmy się nie zaprzyjaźniły…
( dociekliwych zapraszam na www.dziennik-juliette.mylog.pl).
Ale co z Ginny? To ja nie mogłam powstrzymać swojej cholernej ciekawości i dowiedziałam się czegoś, co wszystko odmieniło – raz na zawsze.
Może gdybym nie rozumiała, jak wielkim uczuciem obdarzyła Harry’ego ta cała sytuacja byłaby dla mnie mniej bolesna? Być może inaczej patrzyłabym na Cho…
Inaczej patrzyłabym na Rona…
Ale dosyć.
Dosyć moich żałosnych skarg na życie, na siebie, na wszystkich.
Z pewnością już obgryzasz paznokcie, niecierpliwie czekając na relację z przyjęcia powitalnego!
Tak Juliette, mam teraz mnóstwo wolnego czasu (skończyłam tą siedemnastą przesyłkę ochraniaczy na uszy dla skrzatów domowych), więc postanowiłam naprawdę dokładnie wszystko Ci opisać. Mam nadzieję, że nie zaśniesz przy mojej opowieści – wręcz przeciwnie – poczujesz, jakbyś wcale nie wyjeżdżała z Hogwartu.
Usiądź wygodnie w fotelu i zmruż oczy.
Już nie jesteś w swoim domu razem z ciotką. Nie masz na sobie dżinsów tylko szkolną szatę…
Jesteś tu Julie. Obydwie tu jesteśmy. Ogień tli się delikatnie w kominku, ale to już nie Twój pokój.
Słyszysz?
To Krzywołap pomrukuje cichutko, moszcząc się na Twoich kolanach.
Otwórz oczy Juliette.
Oto Pokój Wspólny dnia 25 grudnia…
Nadal tuliłam twarz do miękkiej sierści kota, kiedy drzwi dormitorim uchyliły się i w cieniutkiej smudze światła ukazała się głowa Rona.
- Kazali mi cię zawołać – burknął.
Usiadłam na łóżku poprawiając pomarańczową spódniczkę.
- Jak tu wszedłeś? – spytałam, starając się przybrać chłodny wyraz twarzy. W końcu żaden chłopiec nie ma wstępu do dormitorium dziewcząt.
Wzruszył ramionami. Ciągle stał w progu. Bał się. Wejść. Usiąść obok. Porozmawiać. Bał się mnie.
- Ginny podała mi hasło.
- A więc będziemy musiały wymyślić nowe.
- Nie martw się. Nie mam zamiaru więcej tu przychodzić.
- Wiem.
Przez chwilę wyraz jego twarzy się zmienił. Coś jakby… ból? Nie. Na pewno nie. To w końcu on chciał wszystko zakończyć. Czemu nagle miałby tego żałować?
- No to może już…
- Tak.
- Schodzimy?
- A masz zamiar cały wieczór sterczeć w drzwiach dormitorium?
Pokręcił głową. „A ja tak. Chcę tu sterczeć cały wieczór, cały dzień, całą wieczność” – pomyślałam i od razu skarciłam się w duchu. Przekładam uczucia nad rozsądek. To nie w moim stylu.
Nadal stał nieruchomo, więc wydając z siebie głośne prychnięcie przepchnęłam się obok i zbiegłam po kamiennych schodach.
Pokój Wspólny wyglądał naprawdę wspaniale. Byłam dumna – z siebie i wszystkich moich przyjaciół.
Na stołach skrzaty poustawiały liczne potrawy, z których dochodziła kusząca woń przypraw.
Transparent, który z takim zapałem tworzył Ron, wisiał nad dziurą pod portretem ukazując wszystkim wchodzącym wielki napis „Potter na prezydenta!”.
Założyłam ręce na piersi i uśmiechnęłam się.
Teraz brakowało nam już tylko Harry’ego…
Leżałam na śniegu. Dawno tego nie robiłam. No dobrze – nigdy tego nie robiłam. Nie przywykłam do wyczyniania jakiś szalonych popisów. Po co siedzieć na czymś zimnym i mokrym skoro można zaszyć się pod cieplutką kołderką?
Ale tym razem samo jakoś wyszło. Chyba po prostu dałam się ponieść emocjom. A potem, kiedy już przestałam się śmiać i na chwilę zamilkłam wsłuchując się w ciepły głos przyjaciela, dostrzegłam gwiazdy. Układały się w migoczącą mozaikę na wzburzonym oceanie nieba. Maleńkie płatki śniegu leniwie spadały w dół, wyglądając zupełnie jak miliardy białych stokrotek.
- Kocham was – szepnęłam, wyciągając przed siebie ręce. Granatowe rękawiczki całe oblepiły się bielutkim puchem.
Harry przewrócił się na brzuch, podpierając głowę rękami.
- Jestem potwornie najedzony – rzekł, a na jego twarzy zagościł błogi uśmiech.
Ron leżał obok mnie, starając się za wszelką cenę nie dotknąć choćby skrawka mojego rękawa. W tym momencie jednak nie obchodziło mnie to ani trochę. Przez te parę cudownych minut istniałam tylko ja, gwiazdy i przyjaźń.
- Taaa… skrzaty się postarały… - mruknął.
- To dzięki moim rękawicom kuchennym nie poparzyły swoich małych rączek i mogły z przyjemnością pra…
- Daruj sobie, Siostro Miłosierdzia – prychnął i ku mojemu zdziwieniu – uśmiechnął się. Do mnie. Tak jak dawniej.
- Nawet sobie nie wyobrażacie, jak mi tego strasznie brakowało – zaśmiał się Harry, wstając z ziemi i otrzepując ośnieżoną kurtkę.
- Tak, stary. Nam też ciebie brakowało.
Przyjaciel uśmiechnął się.
- Jestem wam winien mnóstwo wyjaśnień, nie?
- O, tak. Z pewnością! – pokiwałam głową, podnosząc się. Chciałam dalej wpatrywać się w niebo, leżąc pomiędzy Harrym a Ronem, ale było już naprawdę późno. Śnieg sypał coraz bardziej obficie, a światła w oknach zamku powoli gasły.
Harry objął mnie ramieniem, a ja wtuliłam twarz w jego miękki sweter.
To dziwne ile radości może sprawić jeden człowiek. Ile wspomnień ofiarować innym ludziom. Ile nadziei, wiary i mocy nieść na swoich barkach.
„Nic dziwnego, że Harry jest taki niezwykły” – myślałam, kiedy w trójkę przedzieraliśmy się przez zaspy śniegu.
Kiedy tylko pojawił się w Pokoju Wspólnym, wszyscy zaczęli wariować!
Cho uwiesiła się jego ramienia, udając, że ledwo powstrzymuje łzy. Ginny cmoknęła go w policzek (widać jednak było, jak bardzo chciała, aby nie przyjął tego jako gest przyjaźni),
Ron zerwał ze ściany swój plakat i zaczął wycałowywać namalowaną na nim błyskawicę, na co Dumbledore wybuchnął gromkim śmiechem. Luna tańczyła dookoła choinki razem ze Zgredkiem, a ja…
Płakałam. Łzy ciurkiem spływały mi po policzkach, znikając w szerokim uśmiechu.
To była magiczna chwila. Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze kilka tygodni temu ten zdrowy i pełen energii chłopiec mógł leżeć w jakiejś zapleśniałej grocie, wychudzony, przemarznięty,
z licznymi ranami.
Ściskałam go jak wariatka. Był. W końcu z nami był. Tak bardzo się bałam, że go stracę!
Nie interesowały mnie żadne wyjaśnienia. Nie byłam ciekawa, dlaczego uciekł, co zobaczył, kto go skrzywdził…
Byłam zbyt szczęśliwa by zawracać sobie głowę takimi „bzdurami”.
Widziałam jak się z wszystkimi wita, jak przypomina sobie nasze wspólne chwile.
Znowu było jak dawniej: ja, Ron i Harry.
Tak, Juliette…
Było wspaniale. Ale wspomnienia wracają – nie tylko te dobre…
Dlatego siedzę tu teraz – wśród pohukujących sów, wpatrując się w taflę jeziora i zastanawiam się, co będzie dalej. Jak mam się zachowywać?
Udawać, że pod jego nieobecność nic się nie wydarzyło?
Nie.
Za dużo ludzi już oszukałam. Tylko jak zdobyć się na odwagę i powiedzieć:
„Widzisz Harry, kiedy ty leżałeś przykuty do łóżka ja i Ron bardzo się do siebie zbliżyliśmy…”
Uznałby, że to żart. Albo gorzej – pomyślał, że to prawda i nie chciałby nas więcej znać.
I w ten sposób przekreśliłabym kolejnego przyjaciela.
Julie! Co ja mam na litość boską robić?!
A Ginny? Wyznać, że przeczytałam jej dziennik? Nigdy by mi tego nie wybaczyła!
Juliette… wracaj do mnie. I pomóż rozwiać wszystkie wątpliwości. Wszystkie lęki. Wszystkie problemy.
Całuję,
Twoja Hermiona.
p.s. Teraz możesz wrzucić ten list do ognia.
skomentuj (64)
2005-03-06 23:45:14
Każdy koniec ma swój początek...
Wiem, wiem.
Wszyscy czekacie na Harry'ego.
Ale ja jestem ostatnio okrutna i będziecie musieli jeszcze troszkę pocierpieć :-)
I notka za krótka, wiem. Ale trudno. W sumie gdyby nie obietnica, jaką złożyłam już tydzień temu Idze jeszcze byście sobie czekali.
Więc teraz mi tu proszę ładnie brawa Igowi sprawić :-P
No, to tego...
Jeszcze taka malutka dedykacja, żeby się ludziom cieplej na serduchu zrobiło.
Dla Julie, Oli, Sarci, Fleuruśki, pannicy Evansowej, Ally i Igi oczywiście.
Kochane jesteście dziewuszki.
25 grudzień, Pokój Wspólny (wszyscy czekamy na przyjazd Harry'ego)
ROZKŁAD ZAJĘĆ - PRZYJĘCIE BOŻONARODZENIOWE
Opracowała: Hermiona Granger
Z pomocą: Ginny Weasley, Luny Lovegood i prof. Minervy McGonagall
1. Rankiem ok. 9:00 wszyscy zainteresowani zbierają się pod Wielką Salą. Jemy śniadanie i udajemy się do Pokoju Wspólnego Gryffindoru.
2. Każdy odpowiada za poszczególny element dekoracji:
H.Granger - nadzorująca całość pracy
G. Weasley - odpowiedzialna za potrawy wigilijne (uzgodnić ze skrzatami domowymi).
R. Weasley - wykonanie transparentów powitalnych
M. Villans - dostarczenie słodyczy z Miodowego Królestwa
T. Bronhinss - zakupienie 50 różnokolorowych balonów
A. Bronhinss - zakupienie 10 opakowań serpentyn
C. Chang - udekorowanie choinki
B. Night - nadmuchanie 25 balonów
S. Tishnemar - nadmuchanie 25 balonów
L. Lovegood - wypastowanie podłóg i umycie okien
3. Ok. godziny 16:00 przewidywane jest zakończenie pracy. Skrzaty domowe dostarczają potrawy wigilijne.
Czekamy na Harry'ego.
4. Zjawia się Harry, witamy go razem z prof. Albusem Dumbledorem i prof. Minervą McGonagall.
5. Główna część przyjęcia.
~*~
- Mówię ci, Ronald, że ten napis jest krzywo!
- Jak jesteś taka mądra, to przypnij go lepiej!
Obrzuciłam Rona i Cho chłodnym spojrzeniem, odgarniając ze stołu stosy kolorowych serpentyn. Zaczęłam rozpakowywać kolejną paczkę balonów, podczas gdy Ron wymachiwał swoją różdżką, starając się przekręcić w prawo transparent z napisem "Witaj w domu, Harry!".
Cały Pokój Wspólny zamienił się w bajeczną twierdzę. U sufitu zwisało kilkadziesiąt tęczowych balonów i poskręcanych serpentyn, a w rogu wznosiła się wysoka choinka, na której Zgredek poprzypinał kilka par jaskrawożółtych skarpetek.
Wszyscy musieli pracować za dwóch, gdyż niewielu pozostało nas w Hogwarcie. Kilku uczniów z innych domów zgodziło się nam pomóc i takim sposobem dwie trzecioklasistki z Ravencalwu balansowały właśnie na drabinie, przypinając kolejne balony, które pracowicie nadmuchiwało paru chłopców z Hufflepuffu.
Jako nadzorca całego przyjęcia musiałam każdemu coś zlecić, coś poprawić, coś pochwalić...
Parę razy zdarzyło się, że wylądowałam tuż obok Rona, który z zapałem malował na swoim plakacie złotą błyskawicę.
- To dobrze, że w końcu do nas wraca - rzekłam, przykucając i notując coś w notesie.
- Taa - mruknął, odgarniając z czoła rude kosmyki.
Patrzyłam na niego przez chwilę w milczeniu.
Był moim przyjacielem.
Ja byłam jego przyjaciółką. Dlaczego staliśmy się sobie tak obcy?
Dlaczego musiałam się w nim zakochać?
Dlaczego nie mogło być jak kiedyś?
Czemu nadal tak cholernie tęsknie za naszymi kłótniami, za jego wściekłymi spojrzeniami, kiedy widział jak zapisuję stosy pergaminów zaadresowanych do Wiktora?
Dlaczego tak cholernie chciałabym go pocałować?
Nie mogłam dłużej milczeć.
Ale nie mogłam również nic powiedzieć.
Stało się. Straciłam i naszą przyjaźń i miłość. A raczej... to on wszystko zniszczył.
Odeszłam od jego idiotycznych transparentów i postanowiłam dać sobie chwilkę odpoczynku.
Oddałam notes Ginny i pobiegłam do dormitorium.
Opadłam na aksamitną pościel i zamknęłam oczy. Po chwili drzwi się uchyliły i na łóżko wskoczył Krzywołap, mrucząc i wymachując swoim puszystym ogonem. Wtuliłam twarz w jego rudą sierść.
- Już za chwilę wróci. - szepnęłam, a kot ułożył się na błękitnej poduszce, trącając swoim mokrym pyszczkiem mój nos. - Wszystko zacznie się jeszcze bardziej zmieniać. Tak, Krzywołapku...
To będzie koniec, a zarazem nowy początek.
skomentuj (32)
2005-02-16 19:19:20
To, co nowe jest poprostu... Inne...
W końcu macie nową notkę :)
Którą dziś bazgrałam, ledwo odnajdując klawiaturę pod stosami chusteczek higienicznych.
Ale jest.
Hip, hip, hurra!
No i oczywiście jest też dedykacja.
Dla Juliette, za wsparcie we wszystkim.
Dla Oli, bo to takie moje słońce jest.
Dla Igi, co się tak o tą notkę dopytywała :)
I dla Lily E., która w końcu uwierzyła w siłę miłości (evans.blog.pl).
No to teraz do czytania.
Na raz, na dwa...
23 grudnia,
łazienka
Przez kilka kolejnych dni włóczyłam się po zamku, sama do końca nie wiedząc gdzie mnie tym razem zaprowadzą nogi.
Po kłótni z Ronem mój zawsze tak otwarty na wiedzę umysł zamknął się na cztery spusty.
Nic do mnie nie docierało - ani wykłady nauczycieli, ani paplanina Juliette.
Tak chyba właśnie czułam się w drugiej klasie, kiedy przez długi czas leżałam spetryfikowana.
Czułam, że żyję.
Ale nic pozatym.
W końcu jednak postanowiłam dać sobie z tym wszystkim spokój.
Bo ileż można się zamartwiać?
Racja, moje życie zmieniło się nie do poznania w przeciągu zaledwie dwóch miesięcy. Ale zmiany chyba właśnie na tym polegają. Coś tracimy, coś zyskujemy.
Przeważnie wydaje nam się to niesprawiedliwe i gorsze, jednak tak naprawdę jest to poprostu inne.
~*~
Wczoraj, jak co dzień siedziałam w bibliotece starając się uspokoić panią Pince, która od dwóch godzin przeszukiwała wszystkie regały próbując odnaleźć dwa egzemplarze
Niewidzialnej księgi niewidzialności.
- Dyrektor mnie udusi, panno Granger, jeśli zaraz ich nie znajdziemy! Och, co za idiotyczny pomysł z tymi niewidzialnymi książkami! - jęczała, a spora część włosów wydostała się spod jej wiecznie ciasnego koka.
- Póki co Irmo, mam ważniejsze sprawy na głowie niż twoja biblioteka. Z całym szacunkiem.
Pani Pince obróciła się tak gwałtownie, że łokciem potrąciła porcelanową filiżankę i resztka herbaty wylała się na czerowny dywan.
- Czy mogę na chwilę zapożyczyć pannę Granger, Irmo? - spytał Dumbledore, schylając się, aby pomóc bibliotekarce w wycieraniu zółtawej plamy.
- Och, oczywiście dyrektorze - pisnęła, a ja musiałam się natychmiast odwrócić do okna, by ukryć rozbawiony wyraz twarzy. A kiedy pomyślałam sobie, jak tych dwoje ładnie komponuje się na tle zakurzonych, bibliotecznych regałów o mały włos nie wybuchnęłam głośnym śmiechem.
Pewnie Ron i tak uznałby, że McGonagall bardziej pasuje do Dumbledora,
ale Ron...
Cholera.
Ron.
Cholera.
- Panno Granger?
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przez cały czas z zamyśleniem wpatruję się w okno.
Dyrektor uśmiechał się do mnie łagodnie, a wesołe iskierki błądziły po jego niebieskich tęczówkach, ledwo widoczne za szkłami okularów.
- Czy możemy się chwilkę przejść? - spytał wskazując znacząco na uchylone drzwi.
Skinęłam głową i razem wyszliśmy na chłodny korytarz, zostawiając w bibliotece panią Pince, która znowu wróciła do poszukiwań swoich niewidzialnych ksiąg.
Zaczęliśmy przechadzać się korytarzem, podczas gdy za oknem ciepłe promyki słońca roztapaiły ostatnie płaty śniegu.
- Hermiono... Za dwa dni w zamku odbędzie się przyjęcie... - rzekł Dumbledore, gładząc swoją siwą brodę.
- Z okazji...
- Powrotu Harry'ego, rzecz jasna.
Przystanęłam, przewiercając dyrektora wzrokiem.
- JUŻ za dwa dni?!
- Hermiono - rzekł Dumbledore wyjątkowo rozbawionym głosem - Za dwa dni Boże Narodzenie!
~*~
- No tak. Tylko taka wariatka jak ty mogła zapomnieć o Bożym Narodzeniu - stwierdziła Juliette, kiedy siedziałyśmy na dwóch wielkich kamieniach, niedaleko chatki Hagrida.
- Daj spokój. Sama już nie wiem co robić. Harry wraca w Świąta i Dumbledore wierzy, że przygotujemy mu wspaniałe przyjęcie powitalne.
MY, to znaczy część gryfonów, którzy nie wyjeżdżają. A przecież WSZYSCY wyjeżdżają. Ty też! I Dean, Seamus...
Ale wiesz kto oczywiście zostaje?
No wiesz?!
- Ron.
- Skąd wiedziałaś?
Juliette zaśmiała się głośno, czochrając moje (i tak za bardzo roztrzepane) włosy.
- Twoi starzy znowu wyjeżdżają na narty nie zaszczycając cię nawet kartką świąteczną? - prychnęła po krótkiej chwili milczenia.
Kiwnęłam posępnie głową.
- Ale wiesz co? Narazie chcę o nich zapomnieć. I o Ronie. Będę się teraz cieszyć z powrotu Harry'ego.
Julie przewróciła oczami.
- No tak. Wielki Pan Potter powraca w nasze szkolne progi. Dumbledore oszalał z radości.
Posłałam jej chłodny uśmiech.
- Naprawdę nie rozumiem, czemu się tak nie lubicie.
- Irytacja, Hermiono. On irytuje mnie, ja jego. Koniec, kropka.
Zaśmiałam się spoglądając w stronę bijącej wierzby. Wymachiwała gałęziami na wszystkie strony , próbując odgonić stado wron, które przysiadły na nich grzejąc się w promieniach słońca.
Dokładnie trzy lata temu, w tym samym miejscu miałam ich wszystkich przy sobie.
Harry'ego, Rona i Syriusza.
I choć okoliczności nie były dość sprzyjające dzisiaj oddałabym wszystko, żeby móc znowu użyć zmieniacza czasu i cofnąć się o trzy lata wstecz.
Kiedy to, co czułam do Rona było jeszcze takie świeże, takie
nierealne...
Dopiero zaczynałam zauważać, jaką przyjemność sprawiają mi nasze odwieczne sprzeczki, jak uroczo wygląda gdy palnie jakąś gafę.
Wtedy Syriusz żył i Harry nie miał najmniejszego powodu do uciekania z Hogwartu. Był szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy.
- Hermionciu? - Julie objęła mnie ramieniem - Nie sądzisz, że w przeciągu ostanich miesięcy za dużo łez wypłynęło już z tych orzechowych oczu?
Otarłam mokre policzki wierzchem rękawa.
Znowu zaczynam. Znowu przypominam sobie przeszłość. Chyba nigdy nie pogodzę się z myślą, że "to co nowe jest porostu inne"...
- Juliette?
- Tak?
Podniosłam się z kamienia, otrzepując stare dżinsy.
- Wracamy do zamku.
Julie wytrzesczyła oczy, również wstając.
- I co tam będziemy robić?
- Cieszyć się - odparłam i obydwie śmiejąc się jak wariatki, popędziłyśmy kamienną ścieżką, prosto do bramy Hogwartu.
skomentuj (62)
2005-02-01 22:21:19
Wiesz czym jest miłość? Tym, co czuję do Ciebie...
19 grudnia, dormitorium
Rozsiadłam się wygodnie w fotelu, wpatrując w kwiaty, które mróz dziś rano wymalował na szybach.
Krzywołap bawił się postrzępionymi frędzlami, sterczącymi na końcach czerownych zasłon. Przymknęłam powieki.
Ogień tlił się delikatnie w marmurowym kominku, co chwilę wystrzeliwując w powietrze przyjemne iskierki.
- Hermiona?
Otworzyłam oczy i poczułam jak kąciki ust uniosły mi się znacząco do góry.
Ron usiadł na oparciu fotela, a Krzywołap od razu wskoczył mu na wytarte dżinsy.
- Cała szkoła już wie o tym artykule.
Myślą, że Harry naprawdę zwariował. - rzekł, rzucając zrezygnowane spojrzenie na wygasające płomienie.
Pogładziłam go po rudych kosmykach.
- Nie pierwszy raz...
Ron strzepnął z włosów moją dłoń.
- Wiesz, co jest jeszcze dziwniejsze? - spytał, a jego głos przybrał dziwnie rozdrażniony ton.
Wytrzesczyłam oczy na znak, że już naprawdę niczego nie wiem.
Chłopak zaczął się przechadzać po Pokoju Wspólnym, splatając za sobą drżące palce.
- Ty jesteś najdziwniejsza, Hermiono.
I to co się od niedawna między nami dzieje.
- Ale co...
- Proszę, nie przerywaj mi.
Zamilkłam. Nie widziałam tak śmiertelnie poważnego Rona od czasu, kiedy zginął Syriusz. Nie, przepraszam. Od kiedy zginął Harry.
- Kiedyś wszystko było takie proste.
Przyjaźniliśmy się. Ja, Harry i ty.
Dobrze, przyznaję... Od zawsze czułem do ciebie coś dziwnego...
A kiedy pojawił się Krum...
Myślałem, że cię stracę. Ze złości potłukłem nawet jego figurkę, a sama wiesz ile dla mnie znaczyła.
Nabrał do płuc powietrza, a ja poczułam jak wszystko zaczyna do mnie powoli docierać... On chce mi powiedzieć... on chce... On nie może...
- Nie chcę zamieniać naszego życia na jakąś łzawą telenowelę.
Oczy zaczęły mnie niebezpiecznie piec.
Podniosłam się z fotela i podeszłam do Rona wpatrując się w niego uważnie.
- To po co już je zmieniłeś? - szepnęłam, kurczowo zaciskając palce.
Nie mogłam uwierzyć, że on naprawdę to mówi... Teraz, kiedy Harry już za kilka dni wyjdzie ze szpitala i wszystko będzie jak dawniej. Choć może tym razem to ja się mylę...
- Hermiona, błagam cię! Nie utrudniaj wszystkiego - syknął, odwracając się.
Kilka trzecioklasistów wygramoliło się spod dziury pod portretem i z zaciekawionymi minami, zaczęło się wpinać po schodach.
Przez chwilę zapadła martwa cisza, którą przerywało tylko ciche pomrukiwanie Krzyołapa.
- Może będzie lepiej, jak o wszystkim zapomnimy, co? - spytał cicho, a ja poczułam jak żołądek podchodzi mi do gardła.
- Czy ty w ogóle wiesz, czym jest miłość?
Teraz to Ron zrobił zaskoczoną minę.
- Miłość jest tym, co czuję do ciebie. - rzekłam.
W tym momencie łzy przerwały tamę i jedna za drugą spływały po moich policzkach, wsiąkając w wełniany swetr.
- Hermiono...
- Jeszcze kilka dni temu...
- Ja wiem, ale...
- Nic już nie mów. I tak dowiedziałam się dziś o wiele za dużo.
Odwróciłam się na pięcie i czym prędzej pognałam na górę, przeskakując po dwa stopnie naraz.
Rzuciłam się na łóżko, kolejny raz czując, że nic już nie będzie tak, jak dawniej.
Po chwili ktoś usiadł obok mnie i mocno przytulił.
O nic nie pytała. O nic nie prosiła.
- Dziękuję, że chociaż ty jedna nigdy się nie zmienisz, Julie - załkałam, a przyjaciółka objęła mnie jeszcze mocniej.
skomentuj (41)
2005-01-16 23:19:40
Skryć się w Oazie Spokoju z dobrą książką w ręku... tego mi tylko do szczęścia brakuje
Miało być póżniej, ale wena twórcza nie dała mi spokoju.
A więc jest. Oto wasza nowa notka. Mam nadzieję, że się cieszycie :)
A dedykacja... No cóż. Dla wszystkich czytelników ( tych co komentują i tych, którzy wolą pozostać anonimowi ).
Dla Patyśki i Sarci, bo je kocham nad życie. Dla Igi i jej panierowanych kabaczków (cha,cha,cha). Dla Tupka, żeby go już brzuszek więcej nie bolał. Dla Petera Gabriela i jego płyty "So", w której się ostatnio zakochałam.
I dla Rona. Mam nadzieję, że Cię kiedyś odnajdę.
15 grudnia,
"oaza spokoju"
Grudniowe promyki słońca przedarły się przez zaszronione okiennice, rzucając jasną poświatę na wszystkich uczniów siedzących w Wielkiej Sali.
Kolejny raz przyłapałam się na bezsensownym grzebaniu widelcem w swojej porcji panierowanych kabaczków.
- Żyjesz jeszcze? - spytał Ron, naciągając na uszy czerwoną czapkę z ogromnym pomponem, którą jakiś czas temu gwizdnął jednemu ze skrzatów domowych. Biedactwa, muszą przez całe Święta udawać pomocników Św. Mikołaja.
Jakby nikt nie wiedział, że od pół wieku to działka goblinów...
- Właśnie, Mionko. Coś jakby cię przymuliło...
Seamus posłał mi jeden ze swojej kolekcji głupawych uśmieszków, drapiąc się intensywnie po jasnej czuprynie.
Odłożyłam na bok srebrny widelec. Nie miałam najmniejszej ochoty na jakikolwiek posiłek. A już na pewno nie na panierowane kabaczki...
- Tak zwana Panna-Wszysto-Wiem-Najlpiej-I-Zawsze-Znam-Odpowiedź zawaliła wczoraj test z historii magii. Mniemam, że całą noc przeleżała zalewając się łzami - rzucił Ron, oplatając mnie ramieniem, z którego zwisał powyciągany rękaw wściekle czerwonego swetra.
Posłałam mu blady uśmiech.
- W przeciwieństwie do ciebie, Ronaldzie, miewam większe zmartwienia niż zawalona klasówka.
Dean, który przez cały czas przeglądał dzisiejszy numer "Proroka Codziennego" zachichotał pod nosem.
- Wiecie co tu piszą? - spytał z niezwykle rozbawionym wyrazem twarzy.
Ron wyrwał mu gazetę z ręki i przybliżając w moją stronę, zaczął śledzić pochyły tekst wzrokiem.
-
Jak poinformował nas nasz specjalny informator, Harry Potter czuje się coraz lepiej, lecz nadal pozostaje pod czujną opieką medyczną lekarzy ze szpitala Św.Munga.
Wciąż nie są nam znane przyczyny nagłego zniknięcia, z Hogwartu młodego Pottera, jednak jak donosi nasz informator... No nie! - Ron kilka razy przewiercił wzrokiem gazetę, jakby sprawdzając czy aby na pewno jest wykonana z prawdziwego papieru.
- Czytaj! - syknął Seamus, wychylając się w stronę rudzielca.
-
...jak donosi nasz informator zbuntowany 16-latek postanowił odszukać Syriusza Blacka - znanego mordercę, który trzy lata temu o mały włos nie pozbawił Pottera życia. Wiemy jednak, że sam Black najprawdopodobniej upozorował własną śmierć już jakiś czas temu... Czyżby, więc sławnemu chłopcu zabrakło piątej klepki?
Mamy szczerą nadzieję, że pan Potter wyjaśni "Prorokowi Codziennemu" całe to zamieszanie, gdy tylko lekarze orzekną jego całkowity powrót do zdrowia.
Ron złożył gazetę na pół i z wściekłością cisnął o kamienną posadzkę.
- Co za tupet! To nie ich sprawa, w jakim celu Harry wymyka się z zamku... - ryknął na tyle głośno, że kilka przestraszonych pierwszoroczniaków czmychnęło bliżej stołu nauczycieli.
- Problem w tym, że TO jest jak najbardziej ich sprawa... - rzekłam, zbierając ze stołu zaplamione sokiem z dyni, notatki.
Ron przez chwilę poruszał bezgłośnie ustami, jakby nie mógł wyrazić ogromu swojego oburzenia.
W końcu poprawił swój zwieszający bezwładnie krawat Gryfonów i wrzucając do torby część notatek wyparował z Wielkiej Sali, po drodze wpadając na zadyszaną Juliette.
- Hermi!!! Hermiona!!! Słonko ty moje!!! - wrzeszczała, zbliżając się szybko w naszą stronę.
Opadła ciężko na drewniane krzesło, poprawiając starannie związane włosy.
- Nie uwierzysz co się stało - rzekła.
- Nie wierzę - odburknęłam, kierując się w stronę drzwi.
Julie pomachała chłopcom, po czym dogoniła mnie mówiąc:
- Chodzę z Alanem.
- A ja z Crabbem i Goylem na przemian.
- Mówię poważnie.
Przystanęłam, opierając głowę o chłodny marmur. Że też ci wszyscy ludzie nie mogą mnie zostawić w spokoju chociaż na kilka minut... Czy nikt nie może zaczekać, przynajmniej do obiadu?
- Kocham Cię, Julie i życzę jak najlepiej. Ale póki, co zapomnij o Alanie i pożycz od Dean'a najnowszego "Proroka...". Na trzeciej stronie znajdziesz artykuł
Czyżby sławnemu chłopcu zabrakło piątej klepki?. Przeczytaj go uważnie i nie szukaj mnie dziś więcej.
Cmoknęłam ją w czoło i pomaszerowałam w stronę biblioteki - jedynego miejsca, które można nazwać "oazą spokoju" w tym pokręconym zamku...
skomentuj (29)
2005-01-09 22:35:10
...wolisz Harry'ego...
Dla Tego W Niebie, który mu pomógł.
Przyjaciele wiedzą komu.
9 grudnia,
w drodze do biblioteki
Był środek nocy, kiedy bordowe kotary oplatające moje łóżko rozchyliły się z charakterystycznym szelestem i jakaś wysoka postać skierowała światło różdżki prosto w moje przymknięte powieki.
- Mogę?
Jęknęłam cicho rozpoznając w ciemnościach sylwetkę Julie.
Nadal miała na sobie koronkową sukienkę, ale lśniących włosów już nie okalała żadna wstążka.
Nie czekając na odpowiedź, Juliette wskoczyła na łóżko, zasuwając po cichu aksamitne kotary.
- Julie... jest środek nocy... - szepnęłam, poprawiając błękitną pościel.
- Tak wiem - westchnęła, porywając w ramiona mojego jaśka - ale nie mogę z tym czekać, Hermiono!
Wyrwałam jej poduszkę z rąk i obrzuciłam wściekłym spojrzeniem.
Przyjaciółka kolejny raz teatralnie westchnęła, opadając na mięciutką pościel.
- Ten bal... to było cudowne...
- Hm, nie wątpie - prychnęłam - pewnie od tańca, rozplótł ci się ten solidny warkocz?
Juliette zignorowała moją uwagę.
- A ten Alan... Hermi, chyba go kocham!
Zaśmiałam się gorzko.
- Po pierwsze: nie mów do mnie
Hermi. A po drugie: nie można kogoś pokochać po jednym spotkaniu.
- Och, racja. Ty potrzebowałaś 6 lat, by się o tym przekonać. Czyż nie? - odgryzła się, przewiercając wzrokiem swoje blade dłonie.
Jęknęłam cichutko. Jestem okropna.
Myślę tylko o sobie, nie potrafiąc cieszyć się szczęściem innych.
Ale to wszystko, co się ostatnio zdarzyło...
- A więc? - zaczęłam po chwili milczenia - Całowałaś się?
W oczach przyjaciółki zabłysły małe iskierki. Uśmiechnęłam się - właśnie za nie tak bardzo ją kochałam.
- Hermiono... jak by ci to powiedzieć... - Juliette zrobiła wybitnie mądrą minę, marszcząc swój mały nosek.
Rzuciłam w nią poduszką, zanosząc się głośnym śmiechem.
- I jak było? - szepnęłam.
- Na pewno lepiej niż z Ronem - zachichotała, narażając się na kolejny poduszkowy atak.
~*~
Cho Chang opierała plecy o marmurowy parapet, wpatrując się uważnie w swoje wypielęgnowane paznokcie.
Na mój widok, podniosła głowę i uśmiechnęła się.
- Hermiono! Jak dobrze cię widzieć! - krzyknęła, podbiegając do mnie z gracją. - Jak tam po spotkaniu z Harry'm?
Rzuciłam jej wymowne spojrzenie.
- Sama chyba wiesz najlepiej.
Krukonka zatrzepotała rzęsami.
- O co ci chodzi? Dlaczego tak bardzo mnie nienawidzisz?
Przygryzłam dolną wargę.
- Wybacz, Cho - rzekłam, wspinając się na kamienne schody - ale za bardzo go skrzywdziłaś.
- Harry'ego, tak? Skrzywdziłam Harry'ego? Otóż dowiedz się, Hermiono, że ja też mam prawo do miłości!
Zastygłam w bezruchu, kurczowo ściskając potężne tomisko
Numerologia wczoraj i dziś.
Nie byłam pewna, co mam jej odpowiedzieć.
Może ona rzeczywiście czuje coś do Harry'ego? Jeszcze rok temu współczułam jej tego całego cierpienia.
I nagle coś się we mnie obudziło...
nienawiść i złość... Z pewnością miał na to wielki wpływ dziennik Ginny, od którego to wszystko się zaczęło...
Jak mogę dobrze życzyć osobie, która rywalizuje z moją przyjaciółką?
W dodatku o miłość Harry'ego...
- Zostaw go w spokoju, Cho - szepnęłam w końcu, sprawiając, że na ślicznej twarzy dziewczyny wymalował się bezczelny grymas.
- A myślałam, że jeden przyjaciel ci wystarczy... - syknęła, po krótkiej chwili przewiercania mnie wzrokiem.
- Co masz na myśli?
Cho wzruszyła ramionami, posyłając mi niewinną minkę.
- Ja? Nic takiego. Po prostu stwierdzam, że Ronowi będzie przykro, jak się dowie, że wolisz Harry'ego...
skomentuj (16)
2004-12-23 20:22:11
Nic już nie będzie jak dawniej...
No. W końcu macie przyzwoicie długą notkę, w której występuje szanowny Harry Potter :)
Teraz dedykacja.
Tą notkę pisałam głównie z myślą o Natalce z bloga hp-i-mlodziencze-uczucia. Ta dziewczyna ma naprawdę niesamowity talent.
Po drugie dla Hermiony z hermionagranger.blog.pl, za to wprowadzenie mnie w totalnie świąteczny nastrój :)
A także dla Patysi i Sarci. Bo mam szczerą nadzieję, że będę się z nimi przyjaźnić do końca świata. I jeszcze jeden dzień dłużej.
8 grudnia, przed szpitalem Św. Munga
(śnieg zasypał cały Londyn)
Rzuciłam zrezygnowane spojrzenie za okno. Śnieg zasypał już cały Londyn, nadal nie mając zamiaru przestać pruszyć. Wielka choinka stojąca przed zniszczonym domem handlowym, mieniła się tysiącami maleńkich światełek, odbijających się w każdym płatku grudniowego śniegu.
Już od dwóch godzin wierciłam się na niewygodnym krześle. Szpital Św. Munga nie był miejcem, do którego można by z chęcią wracać wspomnieniami...
I jedyną rzeczą, która mnie tu trzymała była... przyjaźń.
- Na miłość boską, kiedy w końcu będzie nasza kolej?! - dobiegł mnie z drugiego końca poczekalni, żałosny jęk Cho Chang.
Rzuciłam jej zdegustowane spojrzenie.
- Chang... uwierz mi, że Dumbledore ma ważniejsze sprawy do omówienia z Harrym, niż ty - skwitował Ron, pakując sobie do ust kolejne kakaowe ciasteczko.
Dziewczyna zlustrowała go jadowitym spojrzeniem i zarzuciwszy nogę na nogę, zaczęła przeglądać jakąś mugolską prasówkę.
Rzeczywiście, dyrektor przebywał w sali Harry'ego już bardzo długo... Zaczęłam się nawet obawiać czy coś jest nie tak, gdy nagle drzwi otworzyły się z hukiem i wyszedł z nich Dumbledore.
W jego błękitnych oczach malowała się radość, jakiej już dawno u niego nie spotkałam.
Otarł skrawkiem szaty, mokry policzek i wskazując na drzwi szepnął:
- Ron... Hermiona...
Nie musiał mówić nic więcej. Zerwaliśmy się z miejsca i popędzilyśmy prosto w kierunku uchylonych drzwi.
Ron pchnął je ręką i z drżącym sercem wsunęłliśmy się do środka.
W sali szpitalnej stało tylko jedno łóżko. Wokół niego wisiało tysiące kartek z życzeniami. Na jednej z nich dostrzegłam koślawe litery Hagrida i napis: "
Wszystkiego dobrego Harry". Na samym środku, pomiędzy kolorowymi serpentynami, stosem pozdrowień i mnóstwem czekoladowych słodkości leżał...
- HARRY! - krzyknęłam, zakrywając sobie usta dłonią. Wielka łza, spłynęła po policzku, wsiąkając w biały sweter, kupiony specjalnie na tą okazję.
Przyjaciel obrócił się powoli, a na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.
Uśmiech, którego tak bardzo mi brakowało przez te wszystkie dni...
Uśmiech, który mogłam stracić na zawsze.
- Kochani, jak dobrze was widzieć... -
szepnął Harry, z trudem podnosząc się na łóżku.
Dopiero wtedy przyjrzałam się dokładnie przyjacielowi. Nie jako najlepsza koleżanka, ale zwykła dziewczyna.
Choć naprawdę tego nie chciałam, moją twarz wykrzywił paskudny grymas.
Nie wierzyłam... nie wierzyłam, że to prawda... A jednak.
Harry wyglądał tragicznie. Policzki miał zapadnięte, ręce wychudzone i pokiereszowane licznymi bliznami, a na czole obok błyskawicy widniała wielka szrama obwiązana szczelnie bandażem.
To już nie był tamten sliny chłopak. Pozostał po nim tylko cień.
Nagle drzwi otworzyły się i do środka wpadła Ginny, a zaraz za nia Neville i Luna.
- Harry, na litość boską! To naprawdę ty? - pisnął Neville wybałusząjąc swe wiecznie zmartwione oczy.
Przyjaciel wybuchnął gromkim śmiechem.
- A kogo się tu spodziewałeś? - spytał klepiąc chłopca po plecach - Może Syriusza, hm?
Ron poruszył się niespokojnie, Ginny wlepiła wzrok w podłogę, a Neville jeszcze bardziej wybałuszył oczy.
Harry wydawał się jednak niczego nie zauważyć.
- No co tak spochmurnieliście? Wiem, że nie wyglądam najlepiej, ale na Święta już do was wrócę...
Nie mogłam w to uwierzyć. Czy Harry naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego co przed chwilą powiedział?
Ron widocznie czytał w moich myślach, gdyż po chwili usiadł na skraju łóżka i spojrzał uważnie na przyjaciela.
- Harry... co się z Tobą przez ten cały czas działo? Wtedy w nocy, gdy Hermiona i Juliette kazały mi Cię zawołać, znalazłem tylko to...
Podał Harry'emu jakiś niewielki skrawek pergaminu.
Chłopak prześledził tekst wzrokiem, po czym zgniótł go i wrzucił do stojącego nieopodal kosza na śmieci.
- Po co sobie zawracać tym głowę? - spytał uśmiechając się zadziornie - Już jestem z wami i to jest teraz najważniejsze!
Choć czułam, że coś jest nie tak, nie mogłam opanować szczęścia, który wypełniało całe moje ciało.
Jeszcze raz przylgnęłam do przyjaciela, dokładnie w momencie, gdy do sali wpadła ostatnia z naszego ( jak to zwykle ujmuje Julie "składu Boskiego Miłosierdzia" ) wraz z mamą Rona.
- Cho?... - szepnął Harry, przecierając dłonią oczy. - Co ty tu...
Nie pozwalając mu nic więcej dodać, dziewczyna ujęła jego twarz w dłonie i obdarowała długim pocałunkiem.
- Przepraszam - szepnęła, w końcu go puszczając.
Nie miałam zamiaru dłużej na to patrzeć. Ucałowałam Harry'ego w zabandażowane czoło i ciągnąc za sobą Rona, ulotniłam się z sali.
Na zewnątrz było bardzo chłodno,
a śnieg nadal nie przestawał sypać.
Ron mocniej objął mnie swym ciepłym ramieniem.
Staliśmy we dwoje pod wielką, błyszczącą choinką, podczas gdy reszta nadal tkwiła w środku szpitala.
- Może powinniśmy tam zostać...- szepnął Ron.
Stanowczo pokręciłam głową.
- Najważniejsze, że byliśmy tam jako pierwsi. A czy wyjdziemy ostatni, to już się naprawdę nie liczy.
Uśmiechnął się, całując mnie w policzek.
- Moim zdaniem, wyparowałaś stamtąd z powodu Chang...
- Może i tak. - rzekłam, marszcząc brwi - Chyba poprostu nie mogłam znieść myśli, jak teraz musi cierpieć Ginny...
Ron popatrzył na mnie ze zdziwieniem
- Ona już go nie kocha. Nie pamiętasz?
Pokręciłam głową.
- Wierz mi, Ron. Wiem co mówię.
- Swoją drogą - westchnął po chwili, szczelniej opatulając mnie swoim szalikiem - Harry zachowywał się jakoś... dziwnie...
Zamknęłam oczy. A więc jednak nie sprawdziły się moje przypuszczenia.
Nic już nie będzie jak dawniej.
skomentuj (28)
2004-12-12 14:31:04
Już za chwilę... wszystko miało znowu być jak dawniej...
7 grudnia, przed główną bramą zamku
Było jeszcze wcześnie rano, kiedy wcisnęłam głowę przez uchylone drzwi dormitorium chłopców.
Rzuciłam przelotne spojrzemie za okno, gdzie słońce dopiero budziło się ze snu leniwie wystawiając swe promyki zza błękitnych chmurek.
- Cześć chłopcy! - krzyknęłam wesoło, wmaszerowując pewnie do pokoju. Za mną dreptały Julie i Ginny.
Seamus sennie przetarł powieki.
- Hermioooona?.. - ziewnął, spoglądając na mnie z rozbawieniem - Widzę, że związek z Ronem dobrze Ci służy!
Juliette wybuchnęła głośnym śmiechem.
- Och, Seamus... daruj sobie! I tak nic mnie dzisiaj nie wyprowadzi z równowagi. - oznajmiłam wyniośle, po czym, by w końcu zamnknąc mu usta podeszłam do Rona, całując go delikatnie w policzek.
Ginny zachichotała, szpcząc coś do ucha Julie, po czym obie wymknęły się z dormitorium.
Ron powoli otworzył oczy.
- Hermiona? - spytał, siadając na swoim łóżku. - Coś się stało?
- Owszem - odparłam, zarzucając mu ręce na szyję - Dziś wieczór, jedziemy do szpitala Św.Munga!!! Rozumiesz, Ron?! Do Harry'ego...
~*~
Biała, koronkowa sukienka opierała się idealnie na szczupłych ramionach Juliette. Przyjaciółka przygładziła jedwabną tkaninę i wykrzywiła się do stojącego na przeciwko lustra.
- Wyglądam idiotycznie! - prychnęła.
- Wyglądasz cudnie! - odparłam, po raz kolejny próbując związać jej długie włosy wstążką.
Juliette wyrwała się i roztrzepała dłonią czarne loki.
- Przepraszam, ale nie będę wyglądać jak Pansy Parkinson przed spłukaniem szamponu! - warknęła, siadając na marmurowym parapecie i wciskając na nogę atłasowego pantofelka.
Rzuciałam jej zrezygnowane spojrzenie.
- Julie! To jest bal... musisz wyglądać PRZYZWOICIE...
Przyjaciółka wzruszyła ramionami, podnosząc z podłogi drugiego buta.
- Dziwnie się czuję - rzekła - Wiesz... wy idziecie odwiedzić Harry'ego a ja...
- A ty będziesz świętować jego sczęśliwe odnalezienie na balu na jego cześć! - przerwałam jej - A pozatym, skoro Ten Twój Krukon, w końcu raczył cię zaprosić nie mam mowy, abyś mu teraz dała kosza!
Juliette zwinnie zeskoczyła z parapetu wlepiając we mnie swe duże, fiołkowe oczy.
- A więc jedzie następujący skład Bożego Miłosierdzia: ty, Ron, Neville, Ginny, Luna, Dumbledore, mama Rona i...
Oparłam się o ścianę, głośno wciągając powietrze.
- Niestety. Ona też.
- Cholerna Chang! - zaklęła Julie, marszcząc ciemne brwi. - Ciekawe, jak na jej wizytę zareaguje Harry...
- Ja bym się bardziej martwiła o Ginny - stwierdziłam, wyobrażając sobie jak Cho rzuca się Harry'emu na szyję...
~*~
Ostatni raz pomachałam oddalającej się w stronę Wielkiej Sali, Juliette.
Moim zdaniem Alan Richardson nie mógł wybrać sobie lepszej partnerki.
Prosta, biała sukienka do kolan, którą Julie przed tygodniem dostała od swej ciotki, idealnie kontrastowała z kruczoczarnym wodospadem jej loków ( które w końcu udało mi się spleść w długi, lśniący warkocz ).
Byłam z siebie dumna, bo gdyby nie moja praca, Juliette najpewniej przetańczyłąby całą noc w starej bluzie i dżinsach.
Pod bramą zamku czekał już Ron, Neville i Dumbledore.
Pomachałam im, ruszając w ich stronę.
Serce podskakiwało mi jak szalone.
Już za chwilę miałam go znowu zobaczyć!
Już za chwilę wszystko miało się wyjaśnić! Już za chwilę...
wszystko miało znowu być jak dawniej...
skomentuj (23)
2004-11-27 23:13:11
Nie ma na świecie nic piękniejszego niż łzy szczęścia...
5 grudzień, dormitorium
- Od kilku dni unika mnie jak ognia! - westchnęłam przykładając do ust wielki kubek parującej herbatki malinowej.
Hagrid z powątpieniem pokręcił głową.
- Cholibka, nie sądził żem, że doczekam czasów, gdy moja mała Hermiona przylezie się zwierzać z problemów miłosnych! - rzekł dokładając drwa do ognia.
Juliette zachichotała.
- Hagridzie, to nie są żadne miłosne sprawy! - syknęłam, rzucając Julie mordercze spojrzenie.
Olbrzym podrapał się po krzaczastej brodzie, zasiadając na krześle obok mnie.
- Tak, tak... nie wnerwiaj się Hermiono...
Popatrzyłam w jego smutne, czarne oczy i poczułam się jeszcze bardziej przybita. Tak bardzo martwi się zaginięciem Harry'ego, a ja mam jeszcze czelność zawracać mu głowę swoimi problemami.
- Przepraszam Hagridzie, że Cię w to wciągnęłam... To są sprawy jedynie Rona i moje i musimy je załatwić samodzielnie. Pójdziemy już...
Juliette rzuciła żałosne spojrzenie za okno, gdzie tysiące płatków śniegu wirowało na wietrze.
- Hagrid, powiedz jej, że plecie bzdury i zaparz mi jeszcze jedną herbatkę. Jest za wielka wichura, żeby teraz wychodzić! - rzekła, ziewając przeciągle. - A ty, Hermi mogłabyś w końcu powiedzieć wprost: zakochałaś się w Ronie, on w Tobie, ale wszystko głupio wyszło, bo Harry zaginął, a poza tym Ron po tym wszystkim zaczął Cię unikać i sama już nie wiesz co robić.
Dlatego mnie zaciągnęłaś do Hagrida.
Czyż nie?
Kiedy Juliette w końcu przestała mówić, w chatce zapadła absolutna cisza.
Hagrid siedział na swoim krześle przewiercając mnie uważnym wzrokiem, a ja czułam, jakby ktoś właśnie postawił mi przed oczmami całe moje życie.
- Jak zwykle Julie wyjaśniła wszystko lepiej ode mnie... - stwierdziłam obracając w rękach porcelanowy kubek z zimną już, herbatą.
- Nie wiem, co mam Ci odpowiedzieć Hermiono. - westchnął w końcu Hagrid wpatrując się w trzeszczące przyjemnie płomyki w kominku. - Ja, cholibka, zawszem wiedział, że ty i Ron, to jak ten pies z kotem... W końcu się między wami coś zacznie wylęgać...
- No i się wylęgło! - przerwała mu Juliette - McGonagall o mało nie przyłapała ich na...
- Julie, zamknij się! - krzyknęłam, zrywając się od stołu. - Mam tego dosyć!
W pośpiechu narzuciłam płaszcz i szalik.
- Dziękuję za wszystko, Hagridzie. Chyba już wiem, co powinnam zrobić.
Olbrzym podszedł do mnie i mocno uścinął.
- Nie martw się, Hermiono... Jakoś to będzie...
Po czym wsadził mi do ręki kilka czekoladowych ciastek.
Ucałowałam go w policzek, wspinając się na same czubki palców, a następnie ciągnąc za rękaw kurtki naburmuszoną Juliette, znalazłam się w samym śroku śnieżnej zamieci.
- A nie mówiłam, żeby poczekać?! - warknęła przyjaciółka, maszerując pospiesznie w stronę zamku.
- Czułam się okropnie obarczając tym wszystkim Hagrida. - odparłam, szczelniej obwiązując wokól szyi, pasiasty szalik.
Julie na chwilę przystanęła, wpatrując się we mnie uważnie.
- Na mnie zawsze możesz liczyć - szepnęła, po czym przyciągnęła mnie do siebie, tuląc twarz do mojego płaszcza.
Objęłam ją ramieniem.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo się z tego cieszę...
***
Trzy razy nabrałam głębokiego wdechu do płuc, zanim pewnym krokiem wmaszerowałam do dormitorium chłopców.
Na dwóch łóżkach, Seamus i Dean toczyli bitwę na poduszki, natomiast Ron i Neville siedzieli w kącie skrobiąc coś na wielkich zwojach pergaminu.
Na mój widok Dean upuścił na podłogę swoją poduszkę, co od razu wykorzysał Seamus zadając mu cios prosto w twarz.
Neville otworzył szeroko oczy, odruchowo obciągając przykrótką piżamę.
Ron natomiast wstał z podłogi i najzwyczajniej w świecie zaczął zbierać z szafki rozrzucone podręczniki.
Widząc jednak, że nie mam zamiaru opuścić dormitorium spytał:
- Hermiona, po co tu przylazłaś o tej porze? Nie widzisz, że właśnie idziemy spać?!
Jeszcze raz, bardzo powoli wciągnęłam powietrze.
- Musimy pogadać - rzekłam przewiercając chłopaka wzrokiem.
Seamus już otwierał usta, ale Dean uciszył go porządnym kuksańcem w bok.
Ron rzucił im spojrzenie, mówiące "każcie jej iść!", ale oni tylko przysiedli w ciszy na swoich posłaniach czekając na dalszy bieg wydarzeń.
Nie miałam ochoty rozmawiać o tak osobistych rzeczach w ich towarzystwie, więc zaproponowałam, byśmy na chwilę udali się do salonu. O tej porze powinno być tam już zupełnie pusto.
- Dobra, ale tylko na chwilę. Naprawdę nie wiem, co może być aż tak ważnego tak późno w nocy... - burknął Ron, wychodząc za mną z dormitorium.
Kiedy znaleźliśmy się na dole, usiadłam na fotelu, naprzeciw kominka i spytałam:
- Nie sądzisz, że zachowujesz się wobec mnie bardzo nietaktownie?
Chłopak przez dłuższą chwilę milczał, po czym uklęknął przy mnie i spojrzał mi prosto w oczy.
- Hermiono, to co się stało wtedy nad jeziorem... To była głupota...
Poczułam, jak zaczyna się we mnie gotować. Co za bezczelność! Najpierw mówić mi takie rzeczy... praktycznie przyznawać się do nowego uczucia... do miłości... A teraz? Jak on śmie mówić, że to głupota?!
- Co masz na myśli? - spytałam, tak chłodnym głosem, jakiego jeszcze nigdy u siebie nie słyszałam.
Ron westchnął głęboko, delikatnie gładząc moje włosy.
- Mówię, że to była głupota. Głupotą było, że od razu Cię nie pocałowałem...
I zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć nasze usta połączyły się w pocałunku. Ujęłam twarz Rona dłońmi i nie przerywając tej cudnej chwili wstałam z fotela, pozwalając, by ramiona chłopaka splotły się na moich plecach.
Nagle do salonu Gryffonów wpadł profesor Dumbledore wymachując jakąś pogiętą kartką. Po policzkach spływały mu łzy.
W sekundzie odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni.
Dumbledore nie zwrócił jednak najmniejszej uwagi na nasze rozpalone twarze. Wcisnął Ronowi w dłoń ową kartkę i ocierając skrawkiem szaty łzy, szepnął...
- Harry... on...
Początkowa radość, która jeszcze przed chwilą rozpierała moje ciało, teraz wyleciała z niego jak za dotykiem różdżki.
- Czy... czy on... nie...
- Żyje!!! - wykrzyknął Dumbledore - Znaleźli go!!! Znaleźli!!!
Po tych słowach po moich policzkach również zaczęły spływać łzy. Lecz pierwszy raz od niepamiętnych czasów były to łzy...
szczęścia.
skomentuj (24)
2004-11-19 23:47:55
Czy to możliwe, aby tracąc jedno, zyskać coś nowego... coś... lepszego?
Dla Patyśki, Juliette, Igusi
( którą zafascynowała melodia na moim blogu ), Oli, Kasi, Mandy S. i...
Tego, kto kiedyś zajmie najważniejsze miejsce w moim sercu...
Dla kogoś takiego jak Ron.
~*~
29 październik, pokój wspólny, Gryffindor
Z wielką niechęcią wpatrywałam się w wodnistą breję stanowiącą moje dzisiejsze śniadanie.
Juliette siedziała na przeciwko, dłubiąc widelcem w swoim talerzu. Jej długie czarne włosy odbijały wschodzące promienie słońca.
- Nie zjem tego... - jęknęła, po kilku minutach bezczynnego wlepiania wzroku w ohydną breję, po czym odsunęła od siebie talerz na bezpieczną odległość.
Podparła się łokciami i z niewyraźnym wyrazem twarzy nuciła pod nosem jakąś melodię.
Rzuciłam przelotne spojrzenie na swoją porcję i zdecydowanym ruchem odstawiłam ją obok talerza Julie.
- Powinni zakazać dawania uczniom takiego świństwa - rzekłam.
- Aha... - mruknęła przyjaciółka. - Wiesz,Hermiona... mam dużo pracy... Pójdę... no w każdym razie, widzimy się na obiedzie.
Wstała od stołu i głośno dosuwając swoje krzesło przemaszerowała przez całą Wielką Salę, znikając mi po chwili z oczu.
Wzdychając głęboko wcisnęłam
Demaskowanie Przeszłości do torby i w chwilę potem wymaszerowałam ze stołówki.
Była sobota. Chłodny, jesienny dzień.
Zarzuciłam na szyję ciepły szal Gryfonów i wyszłam na zewnątrz zamku.
Pomimo silnego wiatru i niskiej temperatury po błoniach przechadzało się dużo par. Zakochanych, skłóconych...
Odruchowo wyobraziłam sobie Harry'ego i Ginny spacerujących razem wokół jeziora. Jakby za mgłą widziałam ich uśmiechnięte twarze i błyszczące ze szczęscia oczy...
Pokręciłam gwałtownie głową, czując, że do oczu napływają mi gorzkie łzy.
Usiadłam na brzegu jeziora.
Przez długi czas wpatrywałam się w rozmigotaną powierzchnię wody.
Skostniałymi z zimna palcami skorbałam coś na pogiętych zwojach pergaminu.
Najczęściej moje dłonie układały litery w pytanie:
Gdzie jesteś Harry?
Nie miałam już siły wstrzymywać potoku łez.
Po kolei wszystkie pary znikały we wrotach zamku. W końcu zostałam nad brzegiem sama...
- Hermiona! Co tu robisz?
Obróciłam się tak gwałtownie, że wszystkie zapisane kartki upadły do jeziora. Kilkadzięsiąt starannie zapisanych pytań rozmyło sięw szarych odmętach wody.
- Och... przepraszam... ja naprawdę nie chciałem... To była jakaś praca domowa?
Ron stał przede mną z rozpaczliwym wyrazem twarzy.
- Nie. To nie było nic ważnego. - stwierdziłam cicho. Otarłam twarz rękawem szaty i spróbowałam się uśmiechnąć. Nie wyszło.
Ron usiadł obok mnie.
- Tęsknię za nim. - szepnął, a ja o nic już nie musiałam pytać.
Niewiele myśląc uniosłam ramię Rona i mocno się w nie wtuliłam.
Przyjaciel pogładził mnie po głowie.
- Pamiętasz, jak w III klasie omało co nie straciliśmy siebie na zawsze... - nagle poczerwieniał i odwracając twarz w stronę Zakazanego Lasu ciągnął - No wiesz... kiedy Krzywołap... myślałem, że Parszywek...
- Wiem, Ron - przerwałam mu - Doskonale wiem, o co ci chodzi.
- Gdyby nie Harry...
Mocniej ścisnęłam ramię przyjaciela, tamując kolejny napad płaczu.
Siedzieliśmy tak długo w ciszy, a zimny jesienny wiatr rozwiewał nasze twarze i wysuszał łzy.
Nagle Ron przyciągnął mnie do siebie i szepnął prosto do ucha:
- Przepraszam, że nie zaprosiłem cię wtedy na ten głupi bal. Ja... ja...
I zanim zdążyłam cokolwiek zrobić przybliżył swoje usta do moich na niebezpiecznie bliską odległość...
- GRANGER?! WEASLEY?! NA MIŁOŚĆ BOSKĄ CO WY TU ROBICIE O TEJ PORZE?!
W naszą stronę zbliżała się szybkim krokiem prof. McGonagall.
Zerwaliśmy się na równe nogi. Czułam, że cała twarz mi płonie, a nogi zamieniły się w galaretowatą substancję.
- Eee... nic proszę pani... - wybąkałam, po czym złapałam Rona za rękę i czym prędzej pobiegliśmy w stronę zamku.
Z trudem łapiąc oddech przykucnęłam przed główną bramą. Ron niepewnie wpatrywał się w moją twarz.
- Chyba... no tego... - wyjąkał, po czym obrócił się na pięcie i czmychnął do środka zamku.
Usłyszałam tylko pospieszne wbieganie po kamiennych schodach. Rzuciłam jeszcze jedno spojrzenie na czarne niebo pokryte milionami iskrzących się gwiazd.
Wyciągnęłam z torby ostatni skrawek czystego pergaminu i zapisałam...
Czy to możliwe, aby tracąc przyjaźń zyskać... miłość?
skomentuj (17)
***
Layout by Me
Only for My Diary
All rights reserved!